Ostra jazda w baśniowej tonacji - Recenzja - Head Lopper #01: Wyspa albo Plaga Bestii - Aleja Komiksu
reklama baner reklama
baner

Recenzja

Ostra jazda w baśniowej tonacji

Paweł Panic recenzuje Head Lopper #01: Wyspa albo Plaga Bestii
9/10
Ostra jazda w baśniowej tonacji
9/10
Andrew MacLean postanowił stworzyć swój koktajl, wrzucając do szklanki Conana, Hellboya i Samuraja Jacka. Trzy ikony kultury popularnej i trzy różne podejścia do archetypu bohatera. Autor z wirtuozerią dobrał proporcje i dobrze je wymieszał – narodzony w ten sposób heros, wyskakując z blendera, wyrwał ostrze, czyniąc z ostrego żelastwa swój znak rozpoznawczy.

Norgal, bohater „Head Loppera”, to muskularny, siwobrody barbarzyńca, znany pod przydomkami Dekapitator, Egzekutor i Syn Minotaura. Trafia on na wyspę Barrę, którą trawi tytułowa Plaga Bestii, dzieło potężnego czarnoksiężnika. Jak nietrudno zgadnąć, Norgalowi zlecona zostaje misja uwolnienia wyspiarskiego królestwa od głównego złego. Ot, klasyczny motyw, który przerabialiśmy już setki, jeśli nie tysiące razy. MacLean podszedł do niego z nabożeństwem nastoletniego fana Howarda, de Campa i Leibera. Nie popadł przy tym w patos, obficie przyprawiając opowieść czarnym humorem. Jego bohater nie jest tępym osiłkiem, lecz awanturnikiem w typie Hellboya – jednoosobową, ironiczną armią. Towarzyszem jego wędrówki jest odcięta, niezwykle gadatliwa głowa Błękitnej Wiedźmy Agaty. Z jednej strony to niegroźna pozostałość po jednej z jego ofiar, a z drugiej potężny artefakt, tyleż kłopotliwy, co pomocny. Kolejne rozdziały to kolejne krainy, które przemierza ta niezwykła para, aby w końcu dotrzeć do finałowego bossa. Konstrukcja komiksu przypomina grę komputerową, a wrażenie to potęgowane jest przez mapkę, na której zaznaczono aktualne miejsce pobytu naszych bohaterów. Intryga jest jednak zdecydowanie bardziej rozbudowana, niż może się wydawać, a postacie drugoplanowe nie tak czarno-białe jak to zwykle bywa w tego typu opowieściach.

MacLean mistrzowsko wykorzystuje komiksowe medium do snucia fabuły, która choć wpisuje się w ramy klasycznego fantasy, skutecznie unika sztampy. Tam gdzie wystarczą ilustracje, autor nie sili się na dymki czy nawet onomatopeje i opowiada samym obrazem. W innych miejscach, przy pomocy tylko i wyłącznie dialogów, potrafi przedstawić kompletną, samodzielną historię. Układ kadrów jest klarowny, dzięki czemu „brnięcie” przez kolejne strony to czysta przyjemność. Wystarczy wziąć do ręki któryś z aktualnie wydawanych komiksów superbohaterskich, aby uświadomić sobie, że czytelne kadry, w których nie trzeba gonić za tekstem po całej stronie, to obecnie rzadkość. W „Head Lopperze” nigdy się nie pogubicie, zawsze będziecie wiedzieć, kto co mówi. Przede wszystkim jednak postacie, które nie będą miały nic do powiedzenia, po prostu nie będą się odzywać.

Wizualnie „Head Lopper” zachwyca. Uproszczona kreska i dynamizm akcji od razu nasuwają skojarzenia z animacją o samuraju, który został wysłany w przyszłość przez złego Aku (jeśli kiedyś przygody Norgala zostaną przeniesione na srebrny ekran, to mam nadzieję, że ich realizacją zajmie się Genndy Tartakovsky). MacLean nie zaprząta sobie głowy pieczołowitym przedstawianiem elementów krajobrazu czy jak najwierniejszym oddaniem muskulatury swojego bohatera. Jeśli po opowieści heroic fantasy oczekujecie realizmu na poziomie komiksu frankofońskiego, to musicie skorygować swoje nastawienie. Tym bardziej, jeśli w waszych wyobrażeniach wielki barbarzyńca z mieczem zawsze jest malowany przez Borisa Vallejo. Zbyteczne detale nie zaburzają lektury, nie ma tutaj miejsca na cyzelowane, dopieszczone szkice, przy czym wszystkie elementy świata przedstawionego są bardzo wyraziste. Widać, że koncepcja każdej postaci, potwora czy krainy została dobrze przemyślana. Do tego dochodzi kolorystyka autorstwa Mike'a Spicera. Użyta przez niego paleta barw jest szeroka, ale jednocześnie niemal pozbawiona odcieni i nieco przybrudzona. Dzięki temu wnętrze albumu jest dokładnie takie samo jak okładka – kolorowe i mroczne zarazem.

Jedynka nadrukowana na grzbiecie albumu informuje, że to pierwszy tom dłuższej serii. Uprzedzeni do wszelkiej maści tasiemców nie muszą się jednak nią przejmować – „Wyspa albo Plaga Bestii” to kompletna, zamknięta opowieść. „Head Lopperowi” nie grozi zatem los rozciągniętego i skazanego na nieuchronne spadki formy serialu. Co nie zmienia faktu, że kolejną przygodę takiego kalibru przyjmę z otwartymi ramionami. Pośród zalewu innych, na pierwszy rzut oka podobnych dzieł, to akurat ma to coś, co sprawia, że chcecie o nim powiedzieć wszystkim wokół. Nawet jeśli nie chcą słuchać…

Opublikowano:



Head Lopper #01: Wyspa albo Plaga Bestii
WASZA OCENA
Brak głosów...
TWOJA OCENA
Zagłosuj!

Galerie

Ostra jazda w baśniowej tonacji Ostra jazda w baśniowej tonacji Ostra jazda w baśniowej tonacji

Komentarze

-Jeszcze nie ma komentarzy-