reklama baner reklama

Nowe Teksty

Co przyniesie przyszłość?
Gierszewski o 1. tomie "Pożogi"
Większy świat
Tymczynski o 2. tomie "Amuletu"
Oddział miernot
Kleszcz o 1. tomie "Oddziału Samobójców" (Odrodzenie)
Zielono mi
Kleszcz o 1. tomie "Green Arrow" (Odrodzenie)
Za 100, za 300 - październik 2017
Chmielewski typuje październikowe zakupy komiksów

Zapowiedzi

Nowe Plansze

Nowe Imprezy

Forum Alei Komiksu

Zapytaj Wydawcę

baner

Recenzja

Rewolucja na emeryturze

Krzysztof Zimiński recenzuje Lone Sloane
6/10
Rewolucja na emeryturze
6/10
Choć Philippe Druillet już w latach 70. XX wieku odegrał znaczącą rolę dla francuskiego komiksu, to na jego polski debiut musieliśmy czekać aż do minionego roku. Wtedy to na naszym rynku ukazał się album "Salambo", będący luźną adaptacją prozy Flauberta, w którą autor wkomponował swojego flagowego bohatera, który - jak się okazało - miał szybko powrócić. Teraz doczekaliśmy się albumu, który w zasadzie powinien chyba otwierać jego wejście na polski rynek. "Lone Sloane" to fragment sagi tytułowej postaci - kosmicznego pilota, podróżnika, awanturnika i buntownika.

Zgromadzone w albumie historie to - po kolei licząc - sześć krótkich podróży Sloane z początku lat 70., wywodzący się z tego samego okresu "Delirius" oraz jego kontynuacja, która ukazała się drukiem dopiero w bieżącej dekadzie. Każdy z członów tego albumu wyróżnia się czym innym, wszystkie łączy jednak specyficzna wizja komiksu Druilleta. Fabuła często pełni dla niego rolę czysto pretekstową, by mógł kreślić pejzaże dalekich planet czy otchłań kosmicznej pustki. Olbrzymią rolę odgrywa tu kompozycja plansz unikająca ciasnych kadrów. Obraz rozpycha się wręcz, szukając jak największej przestrzeni, a rysunki zdają się walczyć ze sobą o dominację. Elementy podziału kadrów są zresztą kolejnym ze środków, którymi autor wyraża tu swoje pomysły. To forma rozbuchana, czasem agresywna, dominująca nad narracją, której czytelność czasem cierpi. Przypominam jednak, że fabuła zdaje się mieć tu drugorzędne znaczenie, podobnie jak sam niedopowiedziany świat czy główny bohater, którego autor nie próbuje nam w pełni zarysować - ważna jest ekspresja, widoki, dziwaczne konstrukcje czy wymyślna futurystyczna architektura.

Każdy z segmentów ma tu jednak swój charakter. Podróże Lone Sloane - najmniej tradycyjne od strony konstrukcji opowieści - to psychodeliczna podróż przez wszechświat - w rozumieniu zarówno kosmosu, jak i galaktyki pomysłów Druilleta. Jest tu i międzygwiezdna wersja romantyzmu żeglarskich wojaży i coś z klimatu wolności kosmicznych podróżników pokroju Silver Surfera. Wszystko to utopione zostało jednak w odrealnionym sosie, sugerującym szukanie przez autora inspiracji w substancjach psychoaktywnych.

"Delirius" to zaangażowanie się naszego bohatera w walkę z kosmiczną tyranią oraz przygody na solidnie wykreowanej planecie. Coraz mniej tu 'odjazdów', fabuła przedstawia konkretną, awanturniczą opowieść, a i formalne szaleństwa też zdają się trochę schodzić z tonu. Jednocześnie - sama przygodowa historia nie porywa, a patos jej nie pomaga.

"Delirius 2" to zamknięcie po latach wątków związanych z galaktyczną wojną. Niestety - historia staje się jeszcze bardziej męcząca (choć Druillet miał tu wsparcie), a i rysunkowo zauważalny jest mocny spadek autora, często ratującego się całostronicowymi planszami, których format może mu ułatwiał pracę, ale nie został nawet w połowie wykorzystany.

Polskie wydanie "Lone Sloane" można by w zasadzie skwitować słowami 'Druillet wielkim komiksiarzem był' i było by to tyleż prawdziwe co ironiczne, ale jednak ani trochę nie oddawałoby jego kunsztu, który dziś nie ma prawa robić takiego wrażenia co niegdyś. Francuski autor wyrwał swoje plastyczne pomysły poza schematyczną kratkę, która do dziś zdaje się ograniczać wielu nie tylko europejskich twórców. Fakt, że z dzisiejszej perspektywy nie jest to wybitny narrator, ale jeśli dziś jego wizje mogą robić wrażenie, to jak musiały one działać na czytelników te 30 czy 40 lat temu?

Współczesny czytelnik dostrzeże tu pewnie także znane mu klisze, ale i tak spore wrażenie robi fakt, że Druillet przedstawiał banalny już dziś schemat walk rebeliantów z galaktycznym imperium na lata przed Georgem Lucasem i jego "Gwiezdnymi Wojnami". Otwarte spojrzenie na formę komiksu to jeden z filarów magazynu Metal Hurlant, którego był współzałożycielem, a potem także amerykańskiej odnogi pisma, czyli Heavy Metal. Jego efekciarskie komponowanie plansz przywodzi na myśl "300" Franka Millera, który - jak wiadomo - nie gardził europejskimi mistrzami i też może mieć u Francuza dług.

Niezmiernie trudno mi ocenić ten komiks - nawet nie tyle w kategoriach obiektywnej, co nawet subiektywnej punktacji. Zaryzykuję więc zabawę w liczenie punktów. Lubicie starą szkołę, klasykę i dłubanie w starociach? Dodajcie do oceny dwa punkty. Macie problem z rzeczami sprzed lat 80., bo to trącająca naftaliną starzyzna, rupiecie i ramoty? Odejmijcie dwa punkty. Mamy do czynienia z lekcją historii i właśnie do tych czytelników jest ona skierowana, którzy są gotowi na wykład o tym, co kiedyś uznawano za rewolucyjne. Trudno "Lone Sloane" oceniać według współczesnych kryteriów, bo mamy do czynienia z czymś, co kiedyś było wyważaniem drzwi, a teraz są one otwarte na oścież. Między innymi dzięki Druilletowi.

Opublikowano:



Lone Sloane

Lone Sloane

Scenariusz: Philippe Druillet
Rysunki: Philippe Druillet
Wydanie: I
Data wydania: Czerwiec 2017
Seria: Mistrzowie Komiksu
Tytuł oryginału: Lone Sloane
Rok wydania oryginału: 1966
Tłumaczenie: Maria Mosiewicz
Druk: kolor
Oprawa: twarda
Format: 215x295 mm
Stron: 200
Cena: 99,99 zł
Wydawnictwo: Egmont
ISBN: 9788328119772
WASZA OCENA
Brak głosów...
TWOJA OCENA
Zagłosuj!

Galerie

Rewolucja na emeryturze Rewolucja na emeryturze Rewolucja na emeryturze

Komentarze

-Jeszcze nie ma komentarzy-