baner

Recenzja

Durango #2: Dni gniewu

Przemysław Pawełek recenzuje Durango #02: Dni gniewu
6/10
Durango #2: Dni gniewu
6/10
Kultura popularna toczy się krętymi ścieżkami. Western nie miałby w niej pewnie swojej obecnej pozycji, gdyby nie parę zbiegów okoliczności. Za nowy oddech podupadłego gatunku pośrednio odpowiadał Japończyk. Bez „Straży przybocznej” Kurosawy Sergio Leone nie zabrałby swojej ekipy filmowej do Hiszpanii. Tam nakręcił „Za garść dolarów”, produkcję którą można łagodnie określić jako nieautoryzowany remake japońskiego klasyka. A więc z prerii Arizony, przez wyspy japońskie i rzymskie gabinety producentów, w hiszpańskie góry. Z półwyspu Iberyjskiego właściwie już tylko rzut beretem do Brukseli, gdzie z gatunkiem postanowił się zmierzyć Yves Swolfs.

Cykl o Durango wyraźnie zdradza bardziej europejskie niż amerykańskie podejście do tematu. Pośród tchórzliwych i biernych mieszkańców wsi i miasteczek, a także oczywiście bezradnych stróżów prawa, szerzy się demoralizacja i bandyterka na wysoką skalę. Nawet o głównym bohaterze nie można powiedzieć zbyt wiele dobrego – to rewolwerowiec otoczony złą sławą, wyrzutek społeczny, który prawdopodobnie ma sporo krwi na rękach. Dopiero co ledwo przeżył starcie z bandą zdemoralizowanego senatora, terroryzującego hodowców bydła. Ciężko ranny powoli dochodzi do siebie, nie jest jeszcze w stanie normalnie chodzić, a co gorsza – strzelać. Oczywiście byłoby zbyt prosto, gdyby mógł się normalnie wykurować.

Do zamieszkanego przez dewotów miasteczka Peacefull Church trafia szajka, która ma za sobą krwawy napad na bank. Fabuła nie niesie tu niespodzianek – łatwo się domyślić że wszystko zmierza do finałowej konfrontacji, która następuje na kilku ostatnich stronach. Na niekorzyść całości działa lekkie przegadanie części nieco przeciągniętych scen poprzedzających finałową strzelaninę. Na pewno pomogłyby być lepsze dialogi. Niestety – lepsze nie są. Nie oznacza to jednak że „Dni gniewu” to album, któremu nie warto poświęcić uwagi.

Choć wczesne lata 80. XX wieku to dopiero początek kariery Swolfesa, nie można wiele zarzucić jego kresce poza faktem, że jest taka, jak na Belga przystało – klasycznie europejska. Ciekawe jest też spojrzenie autora na jego bohatera i realia, w jakich przychodzi mu egzystować. Durango pośród spokojnych i boleśnie zwyczajnych mieszkańców stanu Wyoming jest pariasem. Budzi lęk i niechęć. Jego towarzysze raczej szybko giną. Oczywiście jeśli takowi się pojawiają, a jeśli już, to są to inni wykolejeńcy – uciekinierka z saloonu czy podstarzały pijaczyna. Dla bandytów Durango – jako uzdolniony strzelec - jest zagrożeniem, ale i wyzwaniem. Dotychczasowe dwa albumy nie są jednak do końca historiami tytułowego bohatera. To zabawa westernowymi kliszami w okrutnej, włoskiej wersji. Gdy dochodzi do strzelanin, to trup ściele się gęsto, a bezpieczne czuć nie mogą się nawet kobiety i dzieci. Sam Durango jest niejako przechodniem, podróżnym, który trafia w sam środek dramatu rozgrywającego się niemal bez jego udziału. Jest antybohaterem w pełnym tego słowa znaczeniu. On nie szuka sytuacji, gdzie jego nietypowe umiejętności mogłyby kogoś uratować. Po prostu się w nie pechowo pakuje, a potem nie potrafi już zareagować w sposób inny niż z moralnego punktu widzenia właściwy. Wystrzały z jego broni to głos sprawiedliwości, jedyny na który można liczyć w jego świecie. W przeciwieństwie od dewotów, którzy chcieli go wygonić z miasta czy religijnego brata, który pośmiertnie pakuje go w kłopoty w pierwszym tomie, to on jest tym, który idąc ciemną doliną, nie lęka się zła.

Przyniesienie pomocy i ulgi potrzebującym to jednak za mało, by zapomniano, kim on jest i ile śmierci ma na sumieniu. Strudzony wędrowiec musi więc jechać dalej, a w trakcie podróży trafi jeszcze pewnie w parę innych kłopotliwych sytuacji, w trakcie gorączki złota, napadu na pociąg czy też tłumienia indiańskich powstań. I znowu nie będzie pewnie potrafił się powstrzymać przed sięgnięciem po broń, i kolejne historie potoczą się tak samo. Jak na razie nie o niespodzianki fabularne jednak się rozchodzi, raczej o grę z gatunkiem i kolejną próbę odbrązowienia mitu. Próbę całkiem udaną, choć nie porywającą. Nie stawiam jednak na serii krzyżyka. Durango to postać z dużym, choć nieujawnionym bagażem doświadczeń. Zobaczymy też dokąd go końskie kopyta poniosą. Na razie warto dać mu szansę, o ile oczywiście lubi się Sergio Leone czy Clinta Eastwooda, bądź też jest się niedopieszczonym miłośnikiem tradycyjnej, europejskiej kreski. W przeciwnym przypadku można poczuć niedosyt, bądź wręcz lekką nudę.

Opublikowano:



Durango #02: Dni gniewu

Durango #02: Dni gniewu

Scenariusz: Yves Swolfs
Rysunki: Yves Swolfs
Wydanie: I
Data wydania: Maj 2014
Seria: Durango
Tytuł oryginału: Durango: Les Forces de la colère
Rok wydania oryginału: 1982
Wydawca oryginału: Edition des Archers
Tłumaczenie: Wojciech Birek
Druk: kolor
Oprawa: miękka
Format: A4
Stron: 48
Cena: 38,00 zł
Wydawnictwo: Elemental
ISBN: 978-83-938845-1-3
WASZA OCENA
Brak głosów...
TWOJA OCENA
Zagłosuj!

Komentarze

-Jeszcze nie ma komentarzy-