reklama baner reklama

Nowe Teksty

Pod piracką banderą
Sławiński o 3. tomie Ygreka
Batman wrogiem policji z Gotham
Gierszewski o 3. tomie "Gotham Central"
Wikingowie mangowym okiem
Tymczyński o 1. tomie "Sagi Winlandzkiej"
James Leski
Kleszcz o "Bradlu"

Zapowiedzi

Reklama baner Reklama

Nowe Plansze

Nowe Imprezy

Forum Alei Komiksu

Zapytaj Wydawcę

baner

Recenzja

Diefenbach. Zanim wzejdzie świt

Maciej Pałka recenzuje Diefenbach. Zanim wzejdzie świt
9/10
Diefenbach. Zanim wzejdzie świt
9/10
Ze zmierzchem pod rękę, karmione koszmarem
Szeptaną przysięgę jedynie mur stary
Za świadka posłuży
Tykanie przed burzą kolejnej podróży

Zboczone wycie zanim wzejdzie świt.
1

Długo przyszło czytelnikom czekać, by w końcu zwizualizować sobie „zboczone wycie”, zapowiedziane w finale pierwszego „Diefenbacha”. Od premiery zeszytu, będącego jedną z pierwszych publikacji Kultury Gniewu, minęło prawie dziesięć lat. Cierpliwi fani kreski Benedykta Szneidera z biegiem mijających lat otrzymywali skąpe informacje: że kontynuacja powstaje, wykuwa się w trudzie i znoju codziennej niekomiksowej pracy. W końcu, że to nie kontynuacja pełnometrażowego debiutu z 2002 roku, a restart. Za zmianą koncepcji poszła modyfikacja formy wydania: pierwszy album to właściwie zeszyt – 36 stron B5. „Zanim wzejdzie świt”, to zaś sporej wielkości (większy od A4) album na kredzie i w twardej oprawie. Mimo tych różnic w edycji, warto nie skreślać zupełnie pierwszego podejścia do tematu. W pewnym stopniu można potraktować wydany w październiku komiks jako swoisty ciąg dalszy tego, czym zachwycił nas dekadę temu Szneider. Z drugiej strony, takie podejście niesie ze sobą ryzyko zbyt dosłownego potraktowania realiów, w których osadzona jest premierowa historia. Już na starcie witają więc czytelnika dylematy. Tak będzie do końca lektury.

Od pierwszej strony, bez zbędnych wstępów zostajemy wciągnięci w dramatyczną historię łotrzyka zmuszonego do podróży w towarzystwie psychopaty. Podążamy za nimi przez wyludnioną krainę, obserwując wciągającą mroczną psychodramę. Najłatwiej wrażenia podczas lektury można scharakteryzować cytując Blixę Bargelda, który śpiewał: „maybe it's horror, maybe it's terror, maybe it's horror, anger and fear”.

Graficznie kilka pierwszych plansz to jeszcze gdzieniegdzie „stary” Szneider. Dość szybko okazuje się, że mamy do czynienia z… mangą (sic!) w stylu nawiązującym do tego, co polski czytelnik zna z „Akiry”, „Edenu” czy „Miecza Nieśmiertelnego”. To jednak tylko pierwsze wrażenie, gdyż narracja i kompozycja fabuły jest właściwa komiksowi europejskiemu. „Mangowość” jest więc kolejnym z dylematów serwowanych przez autora. Nie jest to – broń Boże – zarzut. Wybrana stylistyka sprawdza się wyśmienicie. Kreska jest wynikiem świadomej ewolucji z efektem w postaci wycyzelowanych pięknych ilustracji. Za samą oprawę artystyczną „Diefenbach” ma wysokie miejsce w rankingu komiksów roku 2011. Jednak (co jest powszechnie wiadome) rysunki to nie wszystko. Czy barokowa forma nie przysłania treści? A może warto zadać podstawowe pytanie – czy jest tam w ogóle jakakolwiek treść?

Spieszę z odpowiedzią - owszem, treść jest. Adekwatna do warstwy graficznej. Wspomniałem o zasadzce, którą przyszykował autor na wiernych fanów pierwszej części. Mając w pamięci średniowieczny sztafaż, łatwo samodzielnie projektować sobie, że „Zanim wzejdzie świt” jest podobną historią „historyczną”. Otóż nie, bo tym razem mamy do czynienia z onirycznym fantasy, co robi dużą różnicę. Co pewien czas w fabule następują zamierzone niepokojące zgrzyty, podkreślające nienaturalność przedstawionego świata i zrywające z oczekiwaniami. Po lekturze długo jeszcze studiowałem poszczególne kadry i szukałem ukrytych wskazówek, że coś tu nie gra, że pozory mylą i nic nie jest takie, jakim się zdaje. Oparłem się jednak na błędnych przesłankach i długo nie mogłem ustalić wewnętrznej logiki Szneiderowego uniwersum. W końcu poddałem się i przyjąłem tę historię z całym dobrodziejstwem inwentarza – taką, jaka jest. Dopiero wtedy do mnie dotarło, że wpadłem w sidła, których z łatwością uniknie czytelnik nie mający styczności z pierwszym Diefenbachem.

Skoro więc podejdziemy do lektury bez bagażu pierwowzoru, możemy obcować z niezwykłą i brutalną opowieścią o pewnym polowaniu. Autor zrównał czytelnika z hieną szabrującą na polu bitwy – młodym rzezimieszkiem, z którym łatwo utożsamić się w poczuciu konfuzji, osaczenia, a w końcu desperacji i rezygnacji. Jedynym przymiotem, którym górujemy nad bohaterem, jest ciekawość, która nie pozwala przerwać lektury do ostatniej strony, a później westchnąć: „To już koniec?”.
Nie. W przygotowaniu jest kolejny tom.
Ile tym razem poczekamy?
Ja będę cierpliwie czekał nawet kolejną dekadę.

1Wiersz Benedykta Szneidera na ostatniej stronie „Diefenbacha” z 2002 roku. Według informacji od autora, w druku zaszła pomyłka i zamiast słowa „tykanie” pojawiło się „szeptanie”. Niniejszym prostujemy.

Opublikowano:



Diefenbach. Zanim wzejdzie świt

Diefenbach. Zanim wzejdzie świt

JUŻ W SPRZEDAŻY
WASZA OCENA
Brak głosów...
TWOJA OCENA
Zagłosuj!

Galerie

Diefenbach. Zanim wzejdzie świt Diefenbach. Zanim wzejdzie świt Diefenbach. Zanim wzejdzie świt

Komentarze

-Jeszcze nie ma komentarzy-