reklama baner reklama
baner

Recenzja

Thorgal #30: Ja, Jolan

Paweł Bąk recenzuje Thorgal #30: Ja, Jolan
Grzegorz Rosiński umie rysować, o tym nie trzeba nikogo przekonywać. Natomiast od poprzedniego albumu Thorgala („Ofiara”) wiemy również, że i malować. I z każdą kolejną stroną wydawnictwa „Ja, Jolan”, że tak się wyrażę, wiemy to coraz bardziej. Porzucenie ołówka na rzecz pędzla było rzeczą ryzykowną i muszę przyznać, że podszedłem do niej z dużą dozą nieufności. Pierwsza lektura „Ofiary” była drogą przez mękę. To nie tak ma być. Co to za plamy? Dlaczego bohaterowie wyglądają inaczej? Co to za świat? To rzeczywiście ten sam, w którym Thorgal brał udział w zawodach łuczniczych w królestwie Umbrii, w którym Kriss de Valnor porywała jego najbliższych, w którym ciężarna Aaricia musiała uciekać przed Votjakiem?

Odłożyłem tą „Ofiarę” z niesmakiem, tym większym, że pod względem fabularnym również nie było do czego wracać, przekląłem dzień jej powstania i poszedłem do najbliższego baru, aby się napić i poopowiadać barmanowi, jaki to zły był komiks. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że zmieniłem zdanie. Możliwe, że to dlatego, iż zamiast czytać jeszcze raz ten album, zacząłem go po prostu oglądać. I oniemiałem. Rosiński otarł się, przynajmniej na niektórych planszach, o prawdziwą sztukę. To właściwie Malczewski zstąpił z zaświatów na niwę historyjek obrazkowych i zamieniając swe południce, anioły i fauny, na bogów Asgardu, a falujące zbożem pola Wołynia, na poszarpane fiordy Northlandu, dał nam Thorgala. Cześć i chwała mu za to na wieki.

Nie dziwicie się zatem, że lekturę albumu „Ja, Jolan” zacząłem od… oglądnięcia go. I tu się nie zawiodłem. Rosiński trzyma formę. Co zaś się tyczy fabuły, to hm… Wiele już atramentu przelano pisząc o tym, że Van Hamme tak mniej więcej od „Władcy gór” obniża loty coraz bardziej, żeby w ostatnich albumach osiągnąć coś w rodzaju autopastiszu, oraz że wymiana go na Yves Sente’a powinna wnieść nieco świeżości do cokolwiek podupadłej serii. Jak na razie te nadzieje okazały się dość płonne.

thorgalrecka2screen

Uprzedzając złośliwości - Aaricii chodzi o ją samą i Louve, nie Thorgala


Zapowiedziana już w „Ofierze” wymiana głównego bohatera ziszcza się. Thorgal zostaje przesunięty na drugi plan, na pierwszy zaś wysuwa się Jolan. Francuzi uroczo komentują takie sytuacje okrzykiem: Umarł król! Niech żyje król! Niestety, nowemu daleko jeszcze do starego (z najlepszych albumów).

Jolan udaje się, jak zostało to zapowiedziane w „Ofierze” do międzyświata, gdzie czeka go termin u Manthora, kryjącego się za żelazną maską maga i nieprzyjaciela bogów. By jednak być terminatorem, trzeba na to sobie zasłużyć, co w tym przypadku oznacza, że nasz bohater musi wygrać zawody z czterema innymi konkurentami do tej zaszczytnej posady. W tym samym czasie w wiosce wikingów, w której zamieszkuje Thorgal z resztą swej rodziny, wychodzą na jaw fakty, które rzucają złowróżbny cień na postać Manthora oraz Aniela (syna Thorgala i Kriss de Valnor).

Brzmi nie najgorzej, ale w praktyce wychodzi dość przeciętnie. Na przykład same zawody, które, jak się zdaje, miały być swoistym rytuałem inicjacyjnym dla ich młodocianych uczestników, przypominają kiepską grę cRPG. Przeszkoda, a zatem kupą mości panowie i panny. I po kłopocie. W ten sposób Jolan i reszta uczą się, że oprócz woli zwycięstwa ważna jest w życiu umiejętność kooperacji. Oczywiście, nie oznacza to, iż nikt nie kombinuje i nie gra na siebie. Wręcz przeciwnie. Co z tego jednak, skoro już po kilku stronach możemy się zorientować, że wszystko skończy się dla wszystkich pierwszym miejscem (Jolan jest trochę bardziej pierwszy niż pozostali)?

Co zaś do wydarzeń w wiosce wikingów, to wprowadzenie postaci Kahaniela zręcznie łączy kilka wątków, niemniej jednak jest to zręczność rodem z brazylijskiej telenoweli. Ot wyciągamy z kapelusza nową postać, która ma ożywić senną atmosferę naszego serialu (sagi), a ponadto umożliwia wybrnięcie z kilku zawiłości fabularnych. I już scenarzysta może spać snem sprawiedliwego, wszakże historia z gracją posuwa się do przodu. Dobrze. Czepiam się. Przy trzydziestym odcinku serii trudno raczej o inne rozwiązania, ale mam nieodparte wrażenie, że Sante bardzo się tu nie wysilił. Po prostu, poszedł utartą ścieżką, z której z pewnością nie spadnie, ale i nie wzniesie się za wysoko.

W tej chwili zatem saga o Thorgala stanowi dla mnie swoistą biblia pauperum. Nie czytam. Oglądam. I nie jest to żaden „Ja, Jolan”, ale „Ja, Malarz, Grzegorz Rosiński”.





Opublikowano:



Thorgal #30: Ja, Jolan

Thorgal #30: Ja, Jolan

Scenariusz: Yves Sente
Rysunki: Grzegorz Rosiński
Okładka: Grzegorz Rosiński
Wydanie: I
Data wydania: Wrzesień 2007
Seria: Thorgal
Tytuł oryginału: Moi, Jolan
Rok wydania oryginału: 2007
Wydawca oryginału: Lombard
Tłumaczenie: Wojciech Birek
Druk: kolor, kreda
Oprawa: miękka
Format: 21x29 cm
Stron: 48
Cena: 22,90
Wydawnictwo: Egmont
ISBN: 978-83-237-2934-1
WASZA OCENA
Brak głosów...
TWOJA OCENA
Zagłosuj!

Galerie

Thorgal #30: Ja, Jolan Thorgal #30: Ja, Jolan Thorgal #30: Ja, Jolan

Tagi

Thorgal

Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

marcholt -

W zasadzie mozna powiedzieć "true, true". Jednak przy odrobinie dobrej woli mozna potraktowac ten album jako "restart" serii. A skoro są to początki... Kiedy patrze na pierwszy album T. to nie widzę w nim tego potencjału, z kórego zrodziło sięnp. "miasto zaginionego Boga". Więc moze "Jolan" też zacznie się rozkręcać. Może Yves Sente musi zastosowac kilka prostych chwytów "z telenoweli" żeby uwolnić się od balastu ostatnich albumów. Może potem rozwinie skrzydła. Może, może.
A co do recenzenta nowego - Sama recnezja nawet zgrabna, dobre porównanie do Malczewskiego, słaby (oklepany) tekst z wyjściem na kielicha.

Noir -

To nie oklepany tekst, tylko nieco nadwyrężona figura retoryczna. ;) A co do nadziei, jakie wiążesz z restartem serii, to obawiam się, że potrwa on jeszcze parę najbliższych albumów, nie wiem zatem, czy uda się nam dożyć. ;)