Obaner

Recenzja

Thorgal #30: Ja, Jolan

Karol Wiśniewski, Grzegorz Ciecieląg recenzuje Thorgal #30: Ja, Jolan
      Poprzednim tomem „Thorgala” pożegnał się z czytelnikami współtwórca postaci gwiezdnego dziecka Jean Van Hamme. Zmiana scenarzysty nie oznacza jednak rewolucji, gdyż Yves Svete kontynuuje wątki zapoczątkowane przez swojego poprzednika i najprawdopodobniej nadal z nim konsultowane.
     Aby odświeżyć nieco formułę serii twórcy postawili na młodość, czyniąc głównym bohaterem Jolana. Nie można tego jednak traktować jako punktu zwrotnego całej serii - gdyż grał on już przecież pierwsze skrzypce m.in. w „Alinoe”, czy „Koronie Ogotaia” i z pewnością po kilku albumach seria znów przywróci Thorgalowi status postaci pierwszoplanowej. Aktualnie pojawia się on wraz z resztą rodziny w wątkach pobocznych - niezwykle mrocznych i dobrze rokujących względem jakości przyszłych odcinków.
     Postawiwszy na syna Thorgala, autorzy odmłodzili cały cykl - wprowadzając kilka nowych postaci (zdaje się, iż równolatków Jolana), które mają szansę zaistnieć w obrębie serii na nieco dłużej niż jeden tylko album. Odnoszę wrażenie iż tym posunięciem twórcy chcą trafić do nowej i młodszej publiczności, a nie tylko tej, która towarzyszy im od premiery pierwszych albumów. Nie znaczy to jednak, że zerwano z promowaniem w fabule wartości znanych wszystkim dotychczasowym czytelnikom cyklu. O nie, nadal uczciwość, współpraca i honor są warunkiem sukcesu głównego bohatera, a zarazem przyczyną wielu jego kłopotów. Nie brak też akcentów familijnych, które tym razem są nieco przesłodzone i niezbyt prawdopodobne - chodzi mi głównie o Louve, która z początku nienawidzi rodziców za to, iż Jolan ich opuścił (reakcja jak najbardziej prawidłowa), a po kilku chwilach wybacza im i ze zrozumieniem przyjmuje ich wytłumaczenia. Nawet córka najbardziej prawomyślnego z Wikingów powinna się dużo dłużej boczyć.
     Ci którzy obawiali się o losy serii mogą odetchnąć - „Ja, Jolan” to bardzo dobry komiks. Pamiętam do tej pory iż ostatnie tomy sagi czytałem z niechęcią, pomieszaną z niedowierzaniem, które sięgnęło szczytu koło „Królestwa pod piaskiem”. Kolejne odcinki, owszem czytałem, jednakże wcale nie wypatrywałem dalszego ciągu opowieści. Po lekturze obecnego albumu jestem pełen nadziei, a co najważniejsze, z niecierpliwością oczekuję następnego tomu.
     Malkontenci będą marudzić, że Rosiński już tak nie rysuje jak dawniej, że scenariusz blado wypada w porównaniu np. z „Miastem Zaginionego Boga”, czy „Wilczycą”. Jednakże od pierwszego odcinka przygód dzielnego wikinga do „Ja, Jolan” minęło przeszło trzydzieści lat. Zmienił się świat, zmienili się ludzie, zmienił się Rosiński i jego styl, więc „Thorgal” też miał się prawo zmienić. I wcale nie na gorsze.

Karol Wiśniewski


     To, co najbardziej rzuca się w oczy biorąc pod uwagę fabułę, to dwuwątkowość i wynikające z niej znaczne zwolnienie tempa akcji. Co prawda z tym pierwszym mieliśmy już do czynienia wcześniej („Klatka”), jednak w „Ja, Jolan” koncepcja wykorzystania tego elementu przedstawia się zgoła inaczej. Autor przerzuca nas od Thorgala (czy raczej Aaricii) do Jolana i na odwrót – to zaś daje pozorne wrażenie dużego tempa akcji. Właśnie, „pozorne” - mimo że do czynienia mamy z interesującym podziałem wątków, i tak ostatecznie nie dochodzimy do punktu kulminacyjnego. Do tej pory praktycznie każdy „Thorgal” stanowił zamkniętą, opowiadającą konkretną fabułę całość – teraz formuła zmienia się w widoczny sposób.
     Wątek kompanii wyruszającej w celu wykonania jakiejś misji znamy już chociażby z „Trzech starców z krainy Aran”, tak też ta nić fabuły nie zaskakuje. Można przewidywać jak potoczą się losy grupki młodych ludzi (biorąc pod uwagę ich obecne zachowanie), kto z nich w przyszłości okaże się zdrajcą, kto zaś odda życie w imię lepszej sprawy. Manthor-mentor pojawia się ledwie na moment by rzucić kilka podniosłych uwag i pchnąć Jolana na ścieżkę przygody.
Interesująco za to prezentuje się wątek poświęcony małemu „śledztwu” Aaricii – przyznać muszę, iż ten akurat wątek ma potencjał, odnoszę jednak niepokojące wrażenie, iż nie doczekamy się pełnego tragizmu rozstrzygnięcia.
     Dialogi są momentami sztuczne i przesłodzone – co prawda jest to element stały dla Thorgala, jednak Van Hamme potrafił umiejętnie wpleść je w akcję, unikając zbędnego patosu. Sente zaś momentami przesadza i dialogi zaczynają kojarzyć się z przymilną gadaniną Yansa i Orchidei.
     Malunki Rosińskiego robią naprawdę duże wrażenie – zmiana stylu wyszła mu na dobre, gdyż to co działo się w niektórych albumach (wspomniana wyżej „Klatka”) wołało o pomstę do nieba. Widać już na pierwszy rzut oka, że rysownik świetnie się bawił pracując nad najnowszym tomem przygód rodziny Aegirssonów – kadry są kolorowe, żywe, pełne ślicznych i przykuwających uwagę detali. Czytelnicy przyzwyczajeni do stylu znanego choćby z fenomenalnej „Wilczycy” mogą krytycznie odnieść się do tej zmiany, myślę jednak iż jest kwestią czasu nim zaakceptują nowy styl.
     Nowy „Thorgal” jest komiksem dobrym, choć sporo brakuje mu by trafić do wyższej kategorii. Wtórna fabuła, rozciągnięcie akcji (miałoby to sens, gdyby mowa była o komiksie wydawanym co 2 miesiące, nie zaś raz na rok!), momentami sztuczność dialogów przemawiają przeciw wyższej ocenie.

[Grzegorz Ciecieląg]

Opublikowano:



Thorgal #30: Ja, Jolan

Thorgal #30: Ja, Jolan

Scenariusz: Yves Sente
Rysunki: Grzegorz Rosiński
Okładka: Grzegorz Rosiński
Wydanie: I
Data wydania: Wrzesień 2007
Seria: Thorgal
Tytuł oryginału: Moi, Jolan
Rok wydania oryginału: 2007
Wydawca oryginału: Lombard
Tłumaczenie: Wojciech Birek
Druk: kolor, kreda
Oprawa: miękka
Format: 21x29 cm
Stron: 48
Cena: 22,90
Wydawnictwo: Egmont
ISBN: 978-83-237-2934-1
WASZA OCENA
Brak głosów...
TWOJA OCENA
Zagłosuj!

Galerie

Thorgal #30: Ja, Jolan Thorgal #30: Ja, Jolan Thorgal #30: Ja, Jolan

Komentarze

-Jeszcze nie ma komentarzy-