reklama baner reklama
baner

Komiks

Endorf

Endorf

Scenariusz: Mariusz Moroz
Rysunki: Mariusz Moroz
Data wydania: Czerwiec 2018
Druk: czarno-biały
Oprawa: twarda
Format: 210x297 mm
Stron: 62
Cena: 39,90 zł
Wydawnictwo: Kameleon
WASZA OCENA
Brak głosów...
TWOJA OCENA
Zagłosuj!
„We wspomnianym roku, a mianowicie w 1330, w oktawę świętego Marcina, zimą, brat zakonny domu niemieckiego Jan von Endorf, Saksończyk, z podszeptu diabła i z własnej niegodziwości zabił brata Wernera, wielkiego mistrza, gdy wychodził z kościoła po zakończeniu śpiewów nieszpornych , za to, że go napominał za jego wybryki.”

O tej zbrodni, która była tak zdumiewająca i nieoczekiwana, że zakonni prawnicy nie znaleźli w swoich statutach stosownej dla niej kary, pisał w „Kronikach ziemi pruskiej” Piotr z Dusburga. Resztę historii, genezę domniemanych przyczyn i okoliczności, które doprowadziły rycerza do tak haniebnego czynu, podjął się dopowiedzieć Mariusz Moroz w swoim najnowszym komiksie „Endorf”.

Autor zabiera nas w niezwykłą podróż do średniowiecznego Malborka i na podbite przez zakon krzyżacki Prusy. Pokazuje codzienne życie rycerzy zakonników, ich pracę, walkę z poganami, skomplikowane interakcje pomiędzy braćmi oraz zwykłe, ludzkie namiętności.

„Endorf” to wspaniały epicki komiks, ugruntowujący pozycję autora jako jednego z najciekawszych współczesnych polskich twórców komiksowych.

[opis wydawcy]

Galerie

Endorf Endorf Endorf Endorf

Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

wkp -

MOROZ W SWOIM ŻYWIOLE



Od paru ładnych lat polski komiks ma się naprawdę dobrze. Świadczy o tym nie tylko ilość rodzimych albumów wydawanych przez najróżniejszych wydawców, ale również, a może przede wszystkim, mnogość gatunków, w jakich poruszają się polscy twórcy. Czasem wychodzi im to lepiej, czasem gorzej, w przypadku Mariusza Moroza nie jest ani źle, ani genialnie. Fabularnie „Endorf”, podobnie jak „Przeklęta puszcza” to niezła rzemieślnicza robota, graficznie też jest całkiem udany, choć design postacie i kolor można by poprawić. Ale kto lubi historyczne klimaty, będzie zadowolony.



Rok 1320, Saksonia. Młody Endorf nie wiedzie najlepszego życia. Po tym, jak pomógł w porwaniu swojej siostry przez kochającego ją mężczyznę – co skończyło się jej śmiercią – myśli tylko o zemście. Kiedy więc nadarza się okazja, nie waha się ani chwili. Ranny, skazany na niełaskę ojca zabitego, zostaje ocalony przez ludzi swego własnego rodzica. Niestety los, który na niego czeka już wkrótce, nie jest wcale lepszy. Endorf ma wstąpić do zakonu Maryi Panny i wyjechać do Prus. Wydarzenia, które zostają w tym miejscu zapoczątkowane, prowadzą do nieuchronnej tragedii…



Sprawa z „Endorfem” jest prosta. Choć autor sięga w nim do motywów ocierających się o fantasy i thriller, to przede wszystkim komiks historyczny. Pełen akcji, walk i z przygodową nutą – w końcu nie przypadkiem tak często się one z nim wiążą – niemniej historyczny właśnie. Dlatego też spodoba się przede wszystkim miłośnikom takich właśnie opowieści, a przeciwników nie przekona do zmiany zdania na ich temat. Moroz nie odkrywa tu bowiem żadnego nowego lądu, nawet nowego terenu nie szuka, skupia się na dobrym odtworzeniu tego, co sam lubi i robi to w niezłym stylu.



Fabuła, co trzeba docenić, nie jest ciężka ani rozwlekła. Czyta się ją szybko i nawet przyjemnie – mówię to z perspektywy człowieka, który za historycznymi dziełami, łagodnie powiedziawszy, nie przepada – a dodatek przybliżający nam fakty nie razi podręcznikową sterylnością. Najbardziej cieszy jednak szata graficzna. Świetnie rozrysowane tła, plenery i budynki, dużo detali, niezłe operowanie cieniami… Jak pisałem na wstępie, gorzej wypada design postaci, a w szczególności (na szczęście tylko momentami) ich twarze, i kolor. Ten ostatni przypomina mi niewprawne eksperymenty z komputerowym programem. Pozostawienie całości w czerni i biel tudzież uproszczenie barw sprawdziłyby się lepiej, niż to co mamy obecnie.



Tak czy inaczej „Endorf” to niezły komiks. Dla miłośników gatunku i wszystkich tych, którym podobała się „Przeklęta puszcza”, ale nie zmienia to faktu, że całkiem się Morozowi udał – w końcu autor jest tu w swoim żywiole. Nawet jeśli zabrakło w tym wszystkim czegoś świeżego.