reklama baner reklama
baner

Recenzja

Odgrzewany lew

Przemysław Pawełek recenzuje Król lew
5/10
Odgrzewany lew
5/10
"Król Lew" razem z "Aladynem" to filmy, które w swoich klasycznie animowanych wersjach stanowiły ukoronowanie pewnego etapu w historii studia Walta Disneya. Obie produkcje napędzała wartka fabuła, bohaterowie, których dało się polubić, i chwytliwe piosenki. Kluczowa dla ich kinowych sukcesów wydaje się być z obecnej strony tradycyjna animacja, wykorzystująca dekady doświadczeń, ale też moc nowoczesnych wtedy komputerów. Taki przynajmniej wniosek można wysnuć po obejrzeniu nowych wersji obu filmów, w których wszystko niby jest na swoim miejscu, ale czegoś jednak brak. Nowy "Król Lew" to popis możliwości animatorów cyfrowych, ale i niestety przykład na to, że perfekcja i doskonałość to dwie zupełnie różne rzeczy.

Nowa wersja historii Simby to remake stworzony 25 lat po pierwowzorze, z jednej strony odwołujący się do nowej widowni, z drugiej bazujący na popularności marki, którą dobrze znają współcześni rodzice. Kojarzony z przygodami Iron Mana, ale i z nową "Księgą dżungli" Jon Favreau ponownie przedstawia historie młodego lwa, osieroconego i wypędzonego z rodzinnych włości, którego życie okazuje się być wyprawą, prowadzącą do punktu wyjścia i konfrontacji z dramatem z dzieciństwa. Klasyczny film był jedną z interpretacji 'podróży bohatera', który musi zmienić siebie, by potem zmienić świat, a podróż pełna była przygód, humoru, elementów musicallowych i oczywiście błyskotliwej animacji.

Favreau wchodzi w koleiny klasycznego dzieła i choć opowiada tę samą opowieść, to robi to na wielu poziomach w nowy sposób, tracąc gdzieś po drodze lekkość oryginału, być może przez osłabienie humorystycznego tonu, który lepiej grał w kreskówce. Podstawową zmianę ujęcia widać jeszcze przed włożeniem filmu do czytnika, po zerknięciu na okładkę, z której można wyczytać, że produkcja trwa - zgodnie z aktualnym standardem Disneya - niemal dwie godziny, o około 1/3 więcej niż pierwowzór. Podobnie rozwinięte zostały aktorskie wersje "Aladyna" czy "Pięknej i Bestii", i tak samo jak w ich przypadku - wydłużenie bardziej filmowi szkodzi, niż pomaga, obciążając go, pozbawiając pierwotny materiał wartkości, czy wręcz tu i tam nasączając go lekką nudą.

Rozpoczęcie seansu robi oszałamiające wrażenie pracą, jaką włożyli w ten film animatorzy. Nie licząc pierwszego ujęcia - absolutnie całą stronę wizualną filmu zrealizowano cyfrowo, zarówno tła, postaci/zwierzęta, jak i wszystkie efekty. Komputerowo wykreowana Afryka wygląda niesamowicie, tak samo jak bardzo wiarygodnie wyglądają zwierzęta, efekty świetlne czy wodne są naprawdę oszałamiające, a cyfrowa realizacja pozwoliła na ruch wirtualnej kamery i długie ujęcia, które tworzone techniką analogową byłyby niezmiernie wymagające dla animatorów.

Wrażenie podziwu dla klasy grafiki i jakości animacji szybko zaczęło jednak w mojej głowie ustępować wątpliwościom, których nie byłem w stanie zwerbalizować. Oczy można oszukać pojedynczą klatką, statycznym zdjęciem, ale cały mózg dużo trudniej oszukać ruchomym obrazem, który ma udawać życie - a niestety tego życia w "Królu Lwie" często brak. Trawy czy gałęzie potrącone przez zwierzęta odginają się, woda się mieni, ale poza tym strasznie dużo w tej animacji statyki. Współczesne gry wideo mają dużo żywsze otoczenie, reagujące na porywy wiatru, niż ten wysokobudżetowy film, gdzie bardzo często wszelka roślinność tkwi w nieruchomości. Podobnie zresztą jest z samymi zwierzętami, których nie animowano kompleksowo, a raczej animatorzy skupiali się, by tu któryś dziki kot przystrzygł uchem, tam ruszył głową, ale gdy się przyjrzeć, to często stoją one stabilnie niczym figury z kamienia, którym od oddechu nie poruszają się nawet klatki piersiowe. Oddzielną sprawą jest kwestia realistycznego projektu bohaterów. Animowane pierwowzory miały w sobie po prostu dużo więcej ekspresji i charakteru niż zwierzęta, które miały wyglądać autentycznie. W efekcie muszę przyznać, że o ile młode lwy wyglądają słodko i animowany młody lew też może wyglądać słodko, o tyle cyfrowo animowany realistyczny lew mówiący po angielsku wygląda już nie tyle słodko, co osobliwie.

Ekipa Jona Favreau ustawiła sobie bardzo wysoko poprzeczkę, próbując tchnąć życie w cyfrowy świat. O ile sama kompleksowość czy też realizm grafiki, który chcieli osiągnąć, robi niesamowite wrażenie, o tyle efekt przynajmniej w moim odczuciu psuła ta statyczna sztuczność postaci i ich środowiska. Zdarzyło mi się też zetknąć z narzekaniami na nowe wersje klasycznych hitów, ale tu muszę przyznać, że nie jestem konserwatystą i w większości przypadków nie miałem zastrzeżeń. Pomimo obiekcji nie jestem w stanie jednak nie zauważyć pewnych zalet tego filmu. Bardzo robotę zrobili tu aktorzy - warto docenić powrót Jamesa Earla Jonesa w roli Mufasy, a poza nim usłyszymy Donalda Glovera w roli Simby, Chiwetela Ejiofora jako Skazę, ledwo co wyrabiającego się Setha Rogena jako Pumbę czy błyszczącego w każdej swojej scenie Johna Olivera jako Zazu.

Podsumowując - nowy "Król Lew" to film, który przenosi klasykę w nowy rozdział kina i studia Disneya, a który z perspektywy tego, co wnosi, mógłby w sumie wcale nie powstawać, bo jest co najwyżej żerowaniem na marce. Najwyraźniej jednak jest na kolejne realistyczne produkcje Disneya zapotrzebowanie, bo film odniósł sukces komercyjny, co powoduje, że przez kolejne lata będziemy karmieni przez to studio odgrzewanymi kotletami w wersjach aktorskich lub cyfrowych. "Mulan" trafi do kin w marcu i na tej produkcji się nie skończy.

Autor recenzji jest dziennikarzem Polskiego Radia.

Opublikowano:



Król lew

Król lew

Premiera: Wrzesień 2019
Oprawa: DVD, Blue Ray
Stron: 113 min.
Wydawnictwo: Galapagos
  • Reżyser: Jon Favreau
  • WASZA OCENA
    Brak głosów...
    TWOJA OCENA
    Zagłosuj!

    Komentarze

    -Jeszcze nie ma komentarzy-