reklama baner reklama
baner

Recenzja

Przegrana konfrontacja z legendą

Przemysław Pawełek recenzuje Bohemian Rhapsody
6/10
Przegrana konfrontacja z legendą
6/10
Powiedzieć, że Freddie Mercury stał się legendą rocka, to powiedzieć mało. Razem z Queen co album trafiał na listy przebojów, wpisał się w historię jako wybitny wokalista, ale też zasłynął bardziej niż rozrywkowym stylem życia. Poświęcony mu film fabularny od lat budził zainteresowanie fanów i kinomanów, ale premiery po licznych perturbacjach doczekaliśmy się dopiero w minionym roku.

Dobrze, że mamy to za sobą i nikt już nie musi czekać.

"Bohemian Rhapsody" to biografia cofająca się do początków Queen i śledząca karierę zespołu aż do historycznego występu zespołu w trakcie koncertu Live Aid. To ponad dekada, w trakcie której zespół wspiął się na szczyt, chwiał się na krawędzi rozpadu, by powrócić w chwale. Sam Mercury rozwijał się jako artysta, jednocześnie coraz lepiej zdając sobie sprawę ze swojej seksualności i pragnień, przy okazji też otaczając się niewłaściwymi osobami, by w końcu przejrzeć na oczy i niczym syn marnotrawny powrócić na łono macierzystej formacji.

Film Bryana Singera ma co najmniej kilka wad, z których główną jest chyba laurkowość dzieła. Trudno było jednak osiągnąć inny efekt, gdy w produkcję zaangażowani byli wciąż żyjący członkowie zespołu. Dowiadujemy się że Mercury bywał ekscentryczny i obcesowy, ego mu puchło, ale potrafił przyznać się do błędu, a bezproblemowi niemal koledzy z kapeli wspaniałomyślnie przyjęli jego skruchę. "Bohemian Rhapsody" ma też ten problem, że choć przedstawia ponad 10 lat historii, to rozwadnia treść, nie mogąc się zdecydować o czym opowiadać. Nie jest to ani satysfakcjonujący portret Freddiego-człowieka, ani Mercury'ego-artysty, ani biografia Queen, ani karta z historii muzyki popularnej. Film prześlizguje się po wszystkich tych wątkach, każdy z nich penetrując nader płytko. O Mercurym możemy się dowiedzieć, że owszem, był biseksualnym dekadentem, nieco ekscentrycznym, o imigranckim pochodzeniu, ale też był wybitnym wokalistą świadomym swej klasy i lubił koty. W tym zdaniu niemal wyczerpałem informacje, które można tu z filmu wyczytać. No może poza otwartością na narkotyki, ale tu też przekaz jest dość powierzchowny. Jak przystało na film dozwolony także dla młodzieży - nie ma tu scen zażywania, Freddie bywa tylko czasem pod wpływem, co zwykle ktoś mu wypomina, byśmy tego nie przegapili. O ekscesach seksualnych nawet nie wspominam, bo nie ma o czym.

Głównym moim zarzutem pozostaje jednak to, jak grubo momentami był ciosany ten film. Po doświadczonym Singerze spodziewałem się większej finezji, niż zrezygnowanie z płynnie rozwijającej się fabuły na rzecz kilku scen wyrwanych z historii. Pełen metraż jako format wymusza skrótowość, ale nie jestem w stanie poważnie traktować biografii, która najpierw przedstawia główną postać jako ułożonego, nieco zahukanego chłopca, który jednak z zainteresowaniem zerka na mężczyzn, po czym, po szczerej rozmowie o swojej seksualności, z dnia na dzień przeistacza się w wąsatego, wyzwolonego gwiazdora organizującego bale z przytupem. Brak tu konsekwencji, ewolucji postaci, jest seria ułożonych chronologicznie Ważnych Scen prowadzących do koncertu na Wembley.

Film nie składa się z samych wad. Owszem, są i zalety, z czego największą jest chyba muzyka, bo - nie oszukujmy się - nostalgia jest tu głównym paliwem. To przenoszące nas w inną epokę kostiumy, scenografie, nawet kolorystyka wygląda jak wyjęta z innych czasów. Ten film to także sprawnie zagrane postaci, i to nie aktorów wina, że brak im nieco charakteru. Najlepszą robotę oczywiście zrobił Raimi Malek w roli Freddiego, i co prawda zgarnął za nią Oskara, ale ja pozostaję nieco sceptyczny. Owszem, w codziennych scenach wypada dobrze, nieco gorzej jednak z koncertami. Aktor opanował manieryzmy Mercury'ego, ale nie widziałem tu, by stał się na scenie odgrywaną postacią, raczej wyglądało to jak odtwarzanie wyuczonej choreografii. Poza tym czegoś takiego jak charyzma zwyczajnie nie da się zagrać, ją się ma albo i nie. A Mercury ze swoją wychodził poza skalę.

"Bohemian Rhapsody" to film bardzo poprawny, niestety w ten niekorzystny sposób. Wiadomo było, że uderzą na niego do kin tłumy, być może dlatego wiec zabrakło tu odważnego, ambitniejszego podejścia do materiału. W końcu po co zniechęcać masowego widza. Być może to kwestia zaniżonej w stosunku do potencjału życiorysu piosenkarza kategoria wiekowa. Być może to jego legenda przerosła filmowców, którzy nie potrafili wyjść poza zachowawczość. Nie mnie oceniać. Efekt jest jednak co najwyżej porządny. O ile rekonstrukcja koncertu na Wembley może zrobić wrażenie realizacyjnym rozmachem, to sam film momentami wręcz poraża nijakością. Wielka szkoda. Lepiej puścić sobie któryś album, wiadomo przynajmniej, że nie zawiedzie oczekiwań.


Autor recenzji jest pracownikiem Polskiego Radia.

Opublikowano:



Bohemian Rhapsody

Bohemian Rhapsody

Scenariusz: Anthony McCarten
Premiera: Marzec 2019
Oprawa: DVD, Blue Ray
Stron: 2 godz. 14 min.
Wydawnictwo: Imperial CinePix
  • Reżyser: Bryan Singer
  • WASZA OCENA
    Brak głosów...
    TWOJA OCENA
    Zagłosuj!

    Komentarze

    -Jeszcze nie ma komentarzy-