reklama baner reklama
baner

Recenzja

Bestie na Czarnym Lądzie

Tymoteusz Wronka recenzuje Kenia
5/10
Bestie na Czarnym Lądzie
5/10
Leo nie jest autorem anonimowym na naszym rynku, głównie za sprawą serii komiksów science fiction. Tym razem wspierany przez scenarzystę Rodolphe snuje opowieść, która przenosi nas do serca Afryki tuż po II wojnie światowej. Czasy te, sceneria i elementy nadnaturalne tworzą kanwę dla opowieści Brazylijczyka i Francuza.

Rzecz zaczyna się niewinnie, od zaginięcia członków safari. Wkrótce jednak zaczynają się pojawiać nowe, bardziej niepokojące zjawiska. Bohaterowie natrafiają na dawno wymarłe bestie, niesamowite stwory czy dziwne sarkofagi. W przededniu zimnej wojny wywiady są już bardzo wyczulone i wszędzie doszukują się działań wrogów… a jeśli to nie ich sprawka, to trzeba wyjaśnić tajemnicę i obrócić ją na swoją korzyść. Wraz z biegiem historii pojawiają się nowe tropy, postacie, a także kolejne fantastyczne zjawiska. I wymarłe zwierzęta. Dużo zwierząt. Naprawdę dużych i niebezpiecznych.

Wydaje się, że duet odpowiedzialny za „Kenię” przesadził z liczbą wątków, motywów i konwencji, które chciał zamieścić w tej opowieści; pomijając już kwestię czy i przy ich ograniczeniu byłby w stanie wykreować interesującą dla czytelnika fabułę. Zwykle może tak się stać albo za sprawą wątku fabularnego, albo też za pomocą kreacji świata. Wydaje się, że twórcy nie mają umiejętności do stworzenia porywającej opowieści przygodowej czy szpiegowskiej, preferują zbyt jednostajne tempo. Nie potrafią też wykreować interesujących postaci; te w większości są antypatyczne lub, co najwyżej, nam obojętne. Najlepiej prezentuje się kreacja świata, co znane jest już z innych komiksów Leo. Jednakże całość jest zbyt rozciągnięta, za mało skondensowana. Faza wprowadzenia i ekspozycji trwa zbyt długo, więc gdy wreszcie pojawiają się jakieś odpowiedzi, to u czytelnika dawno już pojawiło się zobojętnienie.

Kolejnym irytującym elementem jest seksualność pokazana w komiksie. Niemal każdy męski bohater to niewyżyty samiec, a kobiety – może poza jedną – to bezwolne marionetki pokazywane… nawet nie jako trofeum. Brak tu, zresztą nie tylko w tym aspekcie, wiarygodności. Ponadto wydaje się, że przynajmniej w kilku miejscach opowieść sama sobie zaprzecza. Może nie są rzeczy mające kolosalne znaczenie dla fabuły, ale potrafią zirytować. Oczywiście istnieje pewna szansa, że kontynuacja „Kenii” – „Namibia” – rzuci na nie nieco światła i każe spojrzeć z innej perspektywy. Jednakże po pięciu zeszytach nic takiego nie ma miejsca.

Strona graficzna nie zaskakuje. Leo nie jest wirtuozem tworzenia kadrów i całych plansz; raczej prostymi środkami stara się odmalować wydarzenia czy postacie. Ma tylko jednego konika: są to potwory. Tak jak wcześniej, tak i tutaj to im właśnie poświęca najwięcej uwagi. W zasadzie wydaje się, że gdyby mógł, to skupiłby się głównie na nich. I kto wie, czy by nie odbyło się to z korzyścią dla całości.

Jeśli komuś odpowiadały inne tytuły autorstwa Leo, to zapewne i tym razem nie powinni być rozczarowani. „Kenia” powtarza wszystkie charakterystyczne cechy jego twórczości. Autorzy wykorzystują ograne konwencje, nie silą się na choć odrobinę inwencji, poruszają się po bezpiecznym gruncie. I robią to zdecydowanie zbyt zachowawczo. Mnie one w przeważającej większości zniechęcają, ale nie wątpię, że jego metoda snucia opowieści i rysowania wydarzeń znajdzie swoich amatorów.

Opublikowano:



Kenia

Kenia

Scenariusz: Leo, Rodolphe
Rysunki: Leo
Wydanie: I zbiorcze
Data wydania: Maj 2018
Druk: kolor
Oprawa: twarda
Format: 215x285 mm
Stron: 248
Cena: 119,99 zł
Wydawnictwo: Egmont
ISBN: 9788328135093
WASZA OCENA
Brak głosów...
TWOJA OCENA
Zagłosuj!

Galerie

Bestie na Czarnym Lądzie Bestie na Czarnym Lądzie Bestie na Czarnym Lądzie

Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

Franco -

Nie zgadzam się z oceną.
Mi komiks się podobał. Fakt, że mam niedosyt vintagowych
przygodówek (klasyki typy Bob Morane pomijam, bo podlegają
dziś innej ocenie).
Mogę się zgodzić, że kilka postaci jest głupio napisanych.
W ten sposób trochę irytują. Dla mnie największą wadą jest
scenariuszowa równia pochyła, która zaczyna się gdzieś w połowie.
Na początku apetyt rośnie, bo autor daje nam zalążek ciekawej,
a przede wszystkim tajemniczej i zagadkowej historii.
W dodatku opartej na kilku wątkach.
Niestety gdzieś od połowy fabuła staje się coraz bardziej
jakby to ująć . . . błaha. Rozwiązania niektórych wątków
stają się wręcz infantylne. Ogólnie przewidywalny finisz
nie przynosi jakiś większych emocji.
Im bardziej wciągałem się na początku, tym bardziej opuszczało
mnie napięcie gdy zmierzałem do końca.
Ale summa summarum, lektura była przyjemna.
W dziesięciostopniowej skali mocne 7 ode mnie.
Obowiązkowo sięgnę po drugą część (z lekką obawą ze względu
na zmianę rysownika. Niby styl Leo w "Kenii" nie rzuca na kolana,
ale główna bohaterka akurat rysowana jest niezwykle precyzyjnie
i uroczo).

Cello -

Jak dla mnie jedna z najfajniejszych rzeczy jaką przeczytałem w tym roku. Ta recenzja to jakaś pomyłka i mam nadzieję, że nikt się nie będzie nią sugerował.