reklama baner reklama

Nowe Teksty

Zielono mi
Kleszcz o 1. tomie "Green Arrow" (Odrodzenie)
Za 100, za 300 - październik 2017
Chmielewski typuje październikowe zakupy komiksów
Kotka na gorącym, blaszanym dachu
Sławinski o "Catmowan. Nie ma lekko"
Nowa przygoda Kubatu i Kaja
Gierszewski o 3. tomie "Kubatu"
Zbędne zabójstwa
Chmielewski o 1. tomie "Akame Ga Kill!"

Zapowiedzi

Nowe Plansze

Nowe Imprezy

Forum Alei Komiksu

Zapytaj Wydawcę

baner

Recenzja

Gdzie kucharek sześć

Przemysław Pawełek recenzuje X-Men: Bitwa atomu
4/10
Gdzie kucharek sześć
4/10
Nowy eventowy komiks z linii Marvel NOW! łączy wydarzenia aż czterech serii. "Bitwa Atomu" to 240 stron, na których splatają się wydarzenia z serii All-New X-Men, Uncanny X-Men, Wolverine i X-Men, a także z niewydawanych w Polsce 'zwyczajnych' X-Menów Briana Wooda. To duża, spektakularna historia (co oczywiście stało pewnie jak zwykle u podstaw założeń tego eventu), w której ponownie na nowo wytyczone mają zostać reguły funkcjonowania mutanckiej części świata. Co ciekawe - za kolejne zeszyty składające się na ten tomik odpowiada łącznie trzech scenarzystów. Wyszło średnio i nie wiem, czy zawiodło zaangażowanie zbyt wielu autorów, zbyt rozbuchane ambicje, czy po prostu dziurawa niczym ser szwajcarski koncepcja całości.

Oto świat, w którym równolegle funkcjonuje obok siebie kilka grup mutantów. Po śmierci doktora Xaviera Cyklop dołączył do renegatów od Magneto. Młodszymi mutantami zajmuje się Wolverine, w trakcie gdy szkołą zarządza Storm. Żeby nie było zbyt prosto - z lat 60. przeniesiony w czasie zostaje oryginalny skład pierwszych X-menów. Myślicie, że to nieco poplątane? No to uważajcie. Na początku tego albumu pojawiają się kolejni X-meni, tym razem z przyszłości. Ich celem jest odesłanie oryginalnego składu do ich czasów, ponieważ zaburzają oni continuum czasoprzestrzenne. Krótko mówiąc - przemieścili się w czasie, by przekonywać, że nie wolno przemieszczać się w czasie. Nie dość, że poplątane, to jeszcze głupie. Nie ważne, to i tak dopiero początek.

"Bitwa Atomu" ma kilka grzechów i podstawowym z nich jest nuda. Kolejne grupy bohaterów ganiają się - w przestrzeni lub w czasie - i okazjonalnie walczą, fizycznie lub też psychicznie, czemu nie towarzyszy jednak za grosz dramatyzmu. Pierwsza połowa tomu to przeciąganie status quo: 'powinniście powrócić do siebie - to co z tym zrobimy', które jest na tyle nużące, że regularnie odrywałem się od komiksu, by sprawdzić czy w internecie nie wydarzyło się coś nowego, po czym scrollowałem kolejne strony przez godzinę, szukając jakiejkolwiek alternatywy dla czytania komiksu. Lepiej wygląda historia w drugiej połowie, gdy autorzy wykładają więcej kart, niestety wtedy spójność historii i logikę motywacji poszczególnych bohaterów trafia szlag.

To zdrowo zamotana historia, ale tak to już bywa, gdy scenarzyści bawią się podróżami w czasie. Niestety spore możliwości, które daje taka konwencja, nakładają także na autorów pewną dyscyplinę, którą tu sobie scenarzyści odpuścili. Zamykający się w jednym kadrze łomot czterech różnych wersji jednego bohatera być może jest w stanie przyspieszyć bicie serca 12-latka, ale gdy adrenalina przestanie w nim pulsować, to być może zada on sobie także pytanie - o co w tym wszystkim chodzi i po co oni to robią? Wtedy towarzyszyła mu będzie pewnie głównie konsternacja, bo sam w kilku przypadkach poległem z odpowiedzią.

Marvelowscy redaktorzy doprowadzili po raz kolejny swój świat do momentu, w którym trzeba podjąć jakieś drastyczne decyzje, ale z tego tomu nie wynika, by mieli oni na nie pomysły. Szkoda. Pierwsze tomy All-New i Uncanny X-Men były niezłymi, parabolicznymi przypowieściami o inności i tolerancji, sprawach, które są dziś równie aktualne, co te pół wieku temu. "Bitwa Atomu" nie ma jednak dużo do zaproponowania poza długą listą znanych i lubianych postaci (często w dość ciekawych i zaskakujących wersjach), cyklicznymi naparzankami i nudą. Album dobrze broni się wizualnie, kiwając się pomiędzy poziomem ledwo akceptowalnym (co następuje rzadko i głównie w finale) a świetnie sprawdzającą się mainstreamową kreską. Wszystko to jednak przegrywa z przekombinowanym i mało sensownym pomysłem na upchnięcie tylu mutantów z różnych epok w jednym albumie. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że nie da się czytać jednej czy dwóch serii o mutantach bez poznania tego albumu. Być może sięgniecie potem także po inną ze splatających się tu serii? Wcale mnie to nie zdziwi. Dokładnie o to Marvelowi chodzi.


Autor recenzji jest pracownikiem Polskiego Radia.

Opublikowano:



X-Men: Bitwa atomu
WASZA OCENA
Brak głosów...
TWOJA OCENA
Zagłosuj!

Galerie

Gdzie kucharek sześć Gdzie kucharek sześć Gdzie kucharek sześć

Komentarze

-Jeszcze nie ma komentarzy-