reklama

Recenzja

Kosmiczny mecz: Nowa era [recenzja]

Przemysław Pawełek recenzuje Kosmiczny mecz: Nowa era
4/10
Kosmiczny mecz: Nowa era [recenzja]
4/10
Klasyczny "Kosmiczny mecz" z 1996 roku to z obecnej perspektywy film półlegendarny. Niejedna osoba pewnie powiedziała by, że to wręcz kultowy klasyk, choć tu nostalgia pewnie nieco fałszuje odbiór. Na pewno jednak te ćwierć wieku temu mieliśmy do czynienia z pewnym doświadczeniem pokoleniowym, bo Michael Jordan, nie tylko gwiazda NBA, ale już ikona kultury popularnej, trafił na ekran razem z ekipą Zwariowanych Melodii. Legenda koszykówki trafiła na parkiet razem z legendami animacji. Dzięki połączeniu tych dwóch światów, połączeniu tradycyjnej animacji z tradycyjną techniką realizacji filmów, modnemu w tamtym czasie motywowi pojawienia się kosmitów oraz wsparciu hitów przygotowanych na ścieżkę dźwiękową, do kin dotarł kinowy hit, który świetnie zarobił, choć już w momencie premiery nie był czymś, co można by określić jako 'dobre kino'.

Po dwudziestu pięciu latach do świata animacji trafia obecna legenda NBA, LeBron James. Tym razem zagrożenia nie stwarzają najeźdźcy z kosmosu, a cyfrowy algorytm, który wciąga króla amerykańskiej koszykówki, a także jego syna, do wirtualnej rzeczywistości zlepionej ze światów stworzonych na użytek filmów i seriali Warner Bros. By wydostać się z cyfrowego więzienia, koszykarz musi zmierzyć się z drużyną pod wodzą wspomnianego samoświadomego kodu. Wydaje się być proste, w końcu nie ma sobie równych. Sprawę komplikuje jednak fakt, że algorytm ustawia rozgrywkę według własnych zasad, a także przekabacił na swoją stronę syna LeBrona. James junior to utalentowany informatyk, który średnio ostatnio dogaduje się z ojcem, wolącym, by skupił się na koszu. Za to algorytm jest na jego skinienie, posłucha, doceni, chętnie sięgnie po jego pomysły, by wygrać mecz z LeBronem. Na szczęście sztuczny byt nie rozumie siły miłości, a po stronie koszykarza staje gwardia sprawdzonych bohaterów Zwariowanych Melodii.

"Kosmiczny mecz: Nowa era" nie jest w stanie choćby dotrzymać kroku poprzednikowi z kilku powodów. LeBron, choć jest wybitnym sportowcem, nie jest jednak legendą pokroju Jordana. Nie jest też zbyt dobrym aktorem, ale na to można przymknąć oko. Bardziej razi scenariuszowa pustka, łatana licencjami z portfolio WB. Intryga algorytmu jest zarówno naciągana, jak i infantylna, stanowczo poniżej standardu tych najbardziej groteskowych przeciwników Bonda. A że to film dla dzieci? No tak, i dlatego sam cyfrowy złoczyńca pozostaje tu nieporadnie nakreślonym wyzwaniem, bo najważniejszy jest konflikt ojciec-syn, młode-stare. Twórcy zdają się przestrzegać przed kuszeniem cyfrowego świata, który odciąga uwagę od więzi rodzinnych, a jednocześnie grożą palcem rodzicom, którzy sami odpychają od siebie dziecko, przymuszając je do realizacji własnych marzeń. Jest to jednak tak topornie podane, że film okazuje się generować zerową dramaturgię nawet w kluczowych momentach, bo przecież i tak wiadomo, że wygra miłość (przy wsparciu animków), LeBron pogodzi się z synem, i wygra mecz. I w sumie algorytm, który nagina wszystkie zasady, mógłby przecież ich i tak nie wypuścić, ale i tak ostatecznie się uwolnią.

Teoretycznie plusami filmu pozostają animowane postaci i liczne licencje WB, wykorzystane w filmie, tylko że znowu coś poszło nie tak. Najważniejszym elementem całości faktycznie była dla mnie klasyczna animacja Bugsa, Duffy'ego i całej reszty ekipy, tylko że gdy dochodzi do meczu, gdzieś w połowie filmu, zostają oni przekonwertowani na modele 3D. Czyli staje się z nimi coś, co przestało być fajne jakieś 10 czy 15 lat temu, przynajmniej dla mnie, bo cierpię na przesyt cyfrowej animacji, a wciąż mam niedosyt tej tradycyjnej. Na tym polu więc przefajniono. Tak samo jak z licencjami, bo co prawda LeBron odwiedza Casablankę, światy "Matrixa", czy ostatniego "Mad Maxa", ale wszystko jest to bardzo powierzchowne, ma zauroczyć mrugnięciami okiem, tylko że brak tu jakiejkolwiek finezji, i czegokolwiek więcej poza tym mrugnięciem.

Efekt przypomina "Player One", gdzie też lista wykorzystanych licencji zdawała się przesłaniać płytkość samego filmu. Spielberg chciał tak bardzo być nowoczesny, że wszedł temat bez głębszego zrozumienia, za co się bierze. Tu mam wrażenie, że doszło do czegoś podobnego, bo autorzy starają się być nowocześni, złolem jest algorytm, bohaterowie przerzucają się na początku terminami z branży IT. Tylko że zamknięcie bohatera w cyfrowym świecie jako punkt wyjścia intrygi to w roku 2021 praktycznie rzecz biorąc anachronizm. W końcu to szkielet fabuły wzięty niemal bezpośredniego ze starusieńkiego "Tronu" Disneya, sprzed niemal 40 lat.

Nie jest to więc, ani najlepiej napisane, ani wyreżyserowane. Fajnie wypada animacja i strona techniczna, ubawią się też widzowie, którzy lubią wyłapywać easter eggi, tych jest tu więcej niż czegokolwiek innego. Najbardziej ironicznie wypada jednak po skończonym seansie początek filmu, gdy James odwiedza siedzibę Warner Bros, by przedyskutować propozycję filmu z jego udziałem, pomysł mu się nie podoba i ją odrzuca. O ironio, wygrały machinacje algorytmów albo też osób decyzyjnych ze studia, które postawiły na swoim, i film powstał. Chociaż wcale nie musiał.



Autor recenzji jest redaktorem Polskiego Radia.

Opublikowano:



Kosmiczny mecz: Nowa era

Kosmiczny mecz: Nowa era

Premiera: Listopad 2021
Oprawa: DVD, Blue Ray
Stron: 111 min.
Wydawnictwo: Galapagos
WASZA OCENA
Brak głosów...
TWOJA OCENA
Zagłosuj!

Komentarze

-Jeszcze nie ma komentarzy-