Nowe Teksty

Marvel mówi: sprawdzam
Pawełek o filmie "Avengers. Koniec gry"
Kosmos jest do kitu!
Sławiński o "Invincible #04"
Gert się (nie)zmienia
Wronka o "Nienawidzę Baśniowa #03: Grzeczna dziewczynka"
Batman i chaos
Kleszcz o "Batman Metal #03: Mroczny wczechświat"
Pozdrowienia z Rosji
Kleszcz o "Kapitan Ameryka. Zimowy żołnierz"

Zapowiedzi

Nowe Plansze

Nowe Imprezy

  • MFKiG 30
  • Miejsce: Łódź, Expo Łódź, aleja Politechniki 4
    Od: 2019-09-27
    Do: 2019-09-29

Forum Alei Komiksu

baner

Komiks

Superbohaterowie Marvela #43: Star Lord

Superbohaterowie Marvela #43: Star Lord

Wydanie: I
Data wydania: Sierpień 2018
Seria: Superbohaterowie Marvela
Druk: kolor
Oprawa: twarda
Format: 170x260 mm
Cena: 39,99 zł
Wydawnictwo: Hachette
WASZA OCENA
Brak głosów...
TWOJA OCENA
Zagłosuj!

Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

arcytwory -

A przed Wami bardzo mocny średniak.

Star-Lord nigdy nie należał do moich ulubionych bohaterów Marvela. Jest mi bardzo obojętny. Po tym komiksie mogę powiedzieć, że kompletnie nic się nie zmieniło.

Na początku dostajemy debiut postaci. Historia składa się z dwóch zeszytów, ale takich grubych zeszytów. Nie miałabym nic przeciwko dużej ilości stron, ALE... to były nudne zeszyty. I złe. Przynajmniej dla mnie. Co mi w nich nie pasowało? Już pierwsze strony, w których autorzy porównali postać Star-Lorda do... Jezusa. Tak, dobrze przeczytaliście. Była to dla mnie gruba, niesmaczna przesada. Ale dobra, postanowiłam dać komiksowi drugą szansę, w końcu to były dopiero trzy strony! Do tego jednym ze scenarzystów był Chris Claremont. Ale to był mój błąd, bo niesamowicie się wynudziłam przy czytaniu (a moje serduszko kochające twórczość Claremonta zostało złamane). Nie czytałam komiksu pod wieczór, bo bałam się, że zasnę w trakcie i siostra będzie się ze mnie śmiać. A w ciągu dnia i tak musiałam się zmuszać do tego, by go dokończyć. Co jeszcze nie przekonuje w tym komiksie? Sam Star-Lord. Ale nie polubiłam tej postaci, jego charakteru. Był strasznym bufonem! Nie wiem, co ludzie z lat 70. w nim widzieli. Ale żeby nie było, są plusy, czyli rysunki. Nawet mi się one podobały, tak samo jak postawienie na brak kolorów. Tylko to, że był to komiks czarno-biały sprawił, że doczytałam go do końca.

Dobra, po tym narzekaniu przejdźmy do głównej historii, gdzie czeka nas trochę mniej narzekania. Tym razem Star-Lord wraz z pewną grupą przestępców musi uratować (nie zgadniecie) świat. Brzmi znajomo? Jak dla mnie był to wstęp do Strażników Galaktyki upchnięty w historię o Star-Lordzie. Nawet połowa członków grupy już się zgadza – mamy Mantis, szopa i Groota. Może dzięki temu historia w komiksie nie nudzi tak jak ta z pierwszej części albumu. Ale nie oznacza to, że jest wciągająca. Mnie zainteresowała tylko do tego stopnia, że nie bałam się już czytać w nocy. Po prostu miałam pod ręką to czytałam. Trochę bardziej wciąga końcówka, w której następuje rozwiązanie wszystkich wątków. Jednak nie można uznać tego za plus, bo autorzy upchnęli tam rozwiązania dosłownie WSZYSTKICH wątków i dorzucili kilka nowych, przez to panuje tam zamęt przyprawiający o ból głowy. Sytuacji nie ratują też rysunki. Przemówiły one jedynie do mojej wyobraźni. Otóż postacie (szczególnie Star-Lord) przypominały mi... przystojnego Skalmara. A przez to trochę trudno było mi się skupić na i tak nie wciągającej fabule. Tak więc o komiksie łatwo szybko zapomnieć.

Czy polecam? No nie bardzo. Chyba że lubicie średnie komiksy, wtedy może znajdziecie tam coś dla siebie.