baner

Recenzja

Yans #6: Planeta czarów

Tomasz Kleta recenzuje Yans #06: Planeta czarów
Egmont uraczył nas albumowym wydaniem szóstej części "Yansa" zatytułowanej "Planeta czarów", która wcześniej ukazała się w odcinkach w "Świecie komiksu". Wówczas nie miałem okazji się z tym komiksem zapoznać, więc nawet byłem ucieszony wydaniem. Tym bardziej, że powstał on jeszcze przy zgodnej współpracy scenarzysty A.P. Duchateau i naszego mistrza Grzegorza Rosińskiego. Tak mi się przynajmniej wydaje. Bo na okładce widnieje Kas, ale w stopce znów autor "Thorgala". Cóż, nie warto się nad tym rozwodzić. Miałem też ochotę na ten album gdyż oryginalnie ukazał się on po trzech doskonałych częściach, kolejno "Mutantach z Xanai ", "Gladiatorach" i "Prawie Ardelii". Było wówczas, ponuro, brutalnie, ze sporymi emocjami, świetną akcją i wspaniałymi rysunkami. Jak wszyscy dobrze wiedzą późniejsze dokonania autorów, zwłaszcza scenarzysty są nieustannym pogarszaniem się poziomu, aż do wręcz żałosnego. Kas po prostu kopiował Rosińskiego, nie starając się o nic nowego. Seria umiera w moich oczach, ale sentyment kazał mi z nadzieją zabrać się za tom szósty. I większego rozgoryczenia nigdy nie doznałem przy lekturze. "Planeta czarów" to chyba najgorszy komiks z jakim miałem do czynienia.
Rysunek nuży, ani jednej zachwycającej planszy, nawet kadru. Niby poprawnie, ale tak bez życia, tak od niechcenia, że aż czuć zmęczenie rysownika. Jeśli to już Kas to w naśladownictwie pogrążył się tak bardzo, że zapomniał, że to się musi podobać i dać oglądać. Jeśli Rosiński to wstyd i znak, że właśnie wtedy nastąpił ogromny kryzys. Powtarzam, na pierwszy rzut oka jest poprawnie, ale jak się przyjrzeć to aż mdli. Nie sposób po zamknięciu albumu przywołać choćby jednego kadru, podoba mi się tylko okładka. Pomijam już takie dziwactwa jak całkiem nowy wygląd wojowników Ardelii, bez żadnego uzasadnienia zapominamy o tym jak prezentowali się wcześniej, to znak, że raczej jednak Kas.
Ale gwoździem do trumny "Planety czarów" jest scenariusz. Taki gniot ciężko sobie wyobrazić. Duchateau od początku serii nie grzeszył logiką, ale to było jakby założenie opowieści. W zamian oferował wiele atrakcji, pomysłów, kontrastów i przede wszystkim okrutny, ponury i fatalistyczny świat z odrobiną światła w osobach głównych bohaterów. A do tego dramatyczną historię Yansa i Valsary'ego z finałem w "Prawie Ardelii" jak rodem z greckiej tragedii. Tu pozostała tylko żałość i marność. Idiotyczna fabuła przedstawia się następująco. Yans i Orchidea lecą gdzieś w kosmosie, nie wiadomo dokąd i czemu uciekli z Miasta. Gonią ich owi wojownicy królowej Ardelii, którzy mieszkańców tamtej planety nijak nie przypominają. Statki uciekinierów i goniących lądują na dziwnej planecie, która zdaje się żyć i która systematycznie w niby pomysłowe sposoby eliminuje kolejnych wrogów głównych bohaterów. Ardelia wysyła kolejną ekipę na czele ze swym synem o imieniu Herwin, który pojawia się niczym przysłowiowy królik z kapelusza. Żeby było ciekawiej to planeta jest opanowana przez jakiegoś ducha, czy coś w tym rodzaju, byłego kochanka królowej niejakiego Heralda Wspaniałego, stąd jak rozumiem te pozory życia. Jest to tak mierne i pozbawione pomysłu, z wrzucanymi co chwila nowymi elementami bez żadnego wprowadzenia, rozwinięcia, ot tak sobie, żeby coś się działo. Efekt jest odpychający i nad wyraz zniechęcający. Do tego dialogi pisane są tak, jakby ich autorem był niedorozwinięty nastolatek, który obejrzał jakąś łzawą historyjkę. Na pierwsze miejsce w panteonie głupoty zasłużyły kwestie Orchidei, która na początku ze łzami oznajmia, że nie czuje już dziecka, które nosi, później cały czas marudzi, że poświęci swoje życie, by w finale cieszyć się z tego, że w spokoju pożyją sobie wraz z ich synem, który wkrótce się narodzi. Miałem wrażenie, że scenarzysta przy pomocy jakichś środków, mniejsza o to jakich, pozbawiał się przytomności między planszami i zapominał sprawdzać co było wcześniej gdy zabierał się do pisania następnej. Na dokładkę z każdej wypowiedzi bije patos rodem z jakiegoś romansidła, nawet królowa Ardelia, dotąd tak surowa mówi jak potłuczona wzruszona średniowieczna szlachcianka. Po przeczytaniu tego bełkotu zacząłem przychylniejszym okiem spoglądać na późniejsze albumy, które już poznałem, bo w porównaniu z "Planetą czarów" są prawie dobre.
Pozostaje mi tylko zdziwienie jak można z takiej serii, po tak dobrych albumach stworzyć podobnego potworka. Koniec. Dla mnie "Yans" zakończył się na "Prawie Ardelii". Reszta niech będzie milczeniem.


Tomasz Kleta
Avatarae

Opublikowano:



Yans #06: Planeta czarów

Yans #06: Planeta czarów

Scenariusz: Andre-Paul Duchateau
Rysunki: Zbigniew Kasprzak
Wydanie: I zbiorcze
Data wydania: Marzec 2004
Seria: Yans
Tytuł oryginału: La planete aux sortileges
Rok wydania oryginału: 1993
Tłumaczenie: Wojciech Birek
Druk: kolor
Oprawa: kartonowa
Format: 21 x 29 cm
Stron: 48
Cena: 16,90 zł
Wydawnictwo: Egmont
WASZA OCENA
Brak głosów...
TWOJA OCENA
Zagłosuj!

Komentarze

-Jeszcze nie ma komentarzy-