Nowe Teksty

W tym mieście mieszkają mordercy
Wronka o "Palcojad. Tom 1"
Plastikowy Spider-Man
Panic o "Amazing Spider-Man #01: Globalna sieć. Wrogie przejęcie"
Diabeł w szczytowej formie
Kleszcz o "Hellboy. Tom 6: Burza i pasja. Piekielna narzeczona"
Spisek w Fabryce Snów
Wronka o "Podniebny Harry #02: Holywoodland"
Zbir versus ZombieŚwiat
Słoński o "The Goon. Tom 1"

Zapowiedzi

Nowe Plansze

Nowe Imprezy

Forum Alei Komiksu

baner

Recenzja

Josephine: Tchnienie Czarnego Lądu #1

Yaqza, Yaqza recenzuje Josephine #1: Tchnienie Czarnego Lądu #1
Są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się filozofom, są tajemnice równie intrygujące co niebezpieczne...Bywa że udaje się je rozwiązać, odkryć prawdę; dzielny detektyw staje wtedy w świetle reflektorów i mówi: tak, to ja to zrobiłem, właśnie ja, mnie należy się chwała. Ale czasami lepiej nie zabierać się za takie sprawy. Dla własnego dobra- bo nigdy nie wiadomo jakie piekło można rozpętać...
Josephine Durmaz to znana już polskim wielbicielom zagadek pani detektyw zajmująca się sprawami wykraczającymi poza kompetencje Scotland Yardu. Rekonstrukcje jej śledztw mogliśmy śledzić na łamach magazynu "Produkt" , który to odważył się pokazać nagą prawdę na temat wydarzeń sprzed około 100 lat.
Tym razem w nasze ręce trafia w zeszyt opisujący jedna z dłuższych spraw pani Durmaz, sprawę tajemniczych zgonów wśród marynarzy pewnego kutra, których śmierć niepokojąco łączy się z wyprawą na Czarny Ląd, poprzedzająca nieszczęście o rok...
Co może łączyć te dwie sprawy? Czemu zmarli marynarze mieli pod skórą larwy afrykańskiej muchy? Co na pokładzie robiła głowa martwego murzyna? Wiele pytań, zero odpowiedzi, a jedyna osoba która mogłaby być pomocna w rozwiązaniu zagadki to rybak, który w tajemniczy sposób zniknął z pokładu feralnego kutra...

Josephine wreszcie w zeszycie, i na dodatek w kolorze. Pierwsza myśl, jakie mi się nasunęło podpowiadała mi iż teraz bardziej niż kiedykolwiek przygody pani detektyw przypominają zlane w jedną całość takie serie jak "Alias" Briana Michaela Bendisa, "Hellboy" Mike'a Mignoli i "Z Archiwum X" Chrisa Cartera. "Josephine" jest jakby kompilacją wątków, sposobów narracji i metod prowadzenia intrygi jakie można było zaobserwować w tych tytułach. Nie wspominając o rysunkach, które także przypominać mogą prace grafików od ww. projektów.

Akcja ukazana jest z punktu widzenia głównej bohaterki (pomijając momenty retrospekcji gdy jesteśmy świadkami zdarzeń kryjących w sobie odpowiedź na pytanie o powody tragedii), narracja jest jak najbardziej subiektywna- panna Durmaz nie szczędzi sobie komentarzy na temat poszczególnych osób czy też domysłów dotyczących kolejnych spostrzeżeń. Akcja jest nieco rwana, Josephine zdarza się przeskakiwać od jednego wątku do drugiego, zmieniać temat rozmyślać, wtrącać opinie na temat nowych obserwacji- co pozwala czytelnikowi śledzić jej własny tok rozumowania, że nie wspomnę przy tym o rzeczy tak oczywistej jak więź która nawiązuje się między bohaterką a czytelnikiem. Taki sposób prowadzenia akcji mogę poczytać tylko i wyłącznie na plus- i to wielki, bowiem przyznam szczerze iż za dużo już naczytałem się komiksów których autorzy troszczyli się o nie nadwerężanie inteligencji czytelnika- tutaj wymagana jest większa doza uwagi. I chwała za ten zabieg Clarence'owi.

Nowele drukowane w "Produkcie" przyzwyczaiły nas do pewnego standardu- mianowicie do wykorzystania przez autora tylko dwóch kolorów: czerni i bieli. Startując z regularną (miejmy nadzieję) serią Clarence postanowił wzbogacić wizję Anglii przełomu wieków o pełną paletę kolorów. Jak ma się efekt? Cóż...przyznam ze jeśli o mnie chodzi, to czerń i biel wywierała na mnie znacznie lepsze wrażenie. Nie zrozumcie nieźle- kolory są ok., ładnie komponują się z opowieścią i klimatem w niej panującym, jednak...to nie to. W dwukolorowym świecie można było wyraźniej odczuć grozę sytuacji, zagrożenia czyhające za rogiem, "niesamowitość". To cos jak w przypadku "Sin City"- człowiekowi aż trudno sobie wyobrazić, ze to mogłoby egzystować w kolorze.

Komiks jest dobry, ale jak na dłoni widać, ze to dopiero pierwsza cześć i że sporo jeszcze przed nami. Wątki nie zdążyły się jeszcze rozkręcić, niektóre wydarzenia są na tyle enigmatyczne, że przypuszczać tylko możemy że będą miały istotny wpływ na scenariusz, a póki co możemy mówić jedynie o uczuciu nieuzasadnionego niepokoju towarzyszącego lekturze. Dialogi na poziomie "weatherspoonowym", czyli świetnie dopasowane do akcji (nie licząc jednej uśmiechniętej mordki nie pasującej w żaden sposób do klimatu), rysunki jak wyżej (chociaż śledząc aktywność twórczą Clarence'a można dojść do wniosku że jego styl uległ niejakiemu uproszczeniu). Klimat mroczny, niepokojący, wywołujący dreszcze- i o to właśnie chodzi.
"Josephine" ma swoje niedociągnięcia (jak np. mocno wyeksploatowany wątek Czarnej Afryki i jej tajemnic), ale nie traci swego specyficznego uroku tajemniczości i grozy- a to jest najważniejsze.
Ode mnie siódemeczka- bo jest dobrze, ale mogłoby być jeszcze lepiej. I odnoszę wrażenie, że będzie...

Opublikowano:



Josephine #1: Tchnienie Czarnego Lądu #1

Josephine #1: Tchnienie Czarnego Lądu #1

Scenariusz: Clarence Weatherspoon
Rysunki: Clarence Weatherspoon
Wydanie: I
Data wydania: Grudzień 2003
Seria: Josephine
Druk: kolor, kreda
Oprawa: miękka
Stron: 36
Cena: 9,90 zł
Wydawnictwo: Mandragora
WASZA OCENA
Brak głosów...
TWOJA OCENA
Zagłosuj!

Galerie

Josephine: Tchnienie Czarnego Lądu #1 Josephine: Tchnienie Czarnego Lądu #1 Josephine: Tchnienie Czarnego Lądu #1

Komentarze

-Jeszcze nie ma komentarzy-