Recenzja

Imperatyw Thanosa, Marvel [recenzja]

Jan Sławiński recenzuje Imperatyw Thanosa
7/10
Imperatyw Thanosa, Marvel [recenzja]
7/10
“Imperatyw Thanosa” to zwieńczenie wieloletniej przygody scenarzystów Dana Abnetta i Andy’ego Lanninga z kosmosem Marvela. To właśnie oni dali nam serie “Anihilacja”, “Anihilacja: Podbój”, odświeżoną wizję “Strażników Galaktyki” (na których opierał się James Gunn, tworząc ekranizację) oraz nawiązujące do powyższych tytułów komiksy z cyklu “Wojna Królów”. To w sumie kilkanaście opasłych tomów, opowieść rozciągnięta na setki zeszytów, akcja na przestrzeni lat rozgrywająca się w całym kosmosie i angażująca dziesiątki bohaterów. Czy “Imperatyw Thanosa” to godne zwieńczenie tak dużego projektu?

Zbiorcze polskie wydanie zbiera nie tylko tytułową miniserię (zawierającą prolog, sześć zeszytów i epilog), ale również dwa minicykle o Anihilatorach oraz - co warto podkreślić, nie mówi się o tym na okładce ani na oficjalnej stronie Egmontu - cztery zeszyty przygód szopa Rocketa i Groota. Nie ma wątpliwości - to tom dla osób, które znają poprzednie wydarzenia, które uformowały kosmos Marvela, i nie będą czuły się nieswojo, śledząc wiele równoległych wątków. Mimo że w pierwszej połowie tomu główne skrzypce grają Strażnicy Galaktyki i Thanos, to akcja ponownie rozciągnięta jest na wiele lokalizacji oraz angażuje dziesiątki bohaterów, w tym Inhumans, Beta-Ray Billa, Ronana Oskarżyciela, Silver Surfera i Galactusa… wymieniać można długo.

Widać, że to epicki finał wieloletniej sagi. Skrupulatnie zaplanowany, dostarczający wielu emocji, ale jednocześnie bezlitosny dla “przypadkowego czytelnika”. Jasne - na podstawowym poziomie powinien odnaleźć się każdy, w końcu kolejny raz chodzi o ratowanie świata przed zagrożeniem mogącym zniszczyć wszechświat, ale w gąszczu postaci i wydarzeń naprawdę będzie się trudno połapać komuś, kto nie zna chociażby dwóch tomów “Strażników Galaktyki”.

To oczywiście zaleta, jak i wada. Przydałoby się może jakieś ostrzeżenie na okładce, bo przypadkowy czytelnik może potraktować komiks jako one-shot, a nie zwieńczenie kilku wcześniejszych tomów o innych tytułach. Jednocześnie każdy, kto śledzi kosmiczne perypetie uniwersum Marvela, powinien być usatysfakcjonowany. Abnett i Lanning wiedzą, co robią, tak długo pisali kosmiczne przygody różnej maści awanturników, że znają ich charaktery na wylot. Mimo że sytuacja nie jest wesoła, to trudno się nie uśmiechnąć, widząc Star-Lorda i resztę Strażników w kilku charakterystycznych dla siebie sytuacjach, które wymagają improwizacji i szczęścia.

Miniseria “Imperatyw Thanosa” kończy się mocnym, emocjonalnym uderzeniem prosto w serducho. Scenarzyści przez lata oswoili nas ze swoimi interpretacjami pewnych postaci, więc gdy te nagle poświęcają życie dla dobra wszechświata, trudno nie poczuć ukłucia żalu. Uważam, że to wielka sztuka umieć tak pisać komiksy superhero, by rzeczywiście potrafiły one jeszcze wywoływać emocje. W końcu większość czytelników wie, że w superbohaterskich zeszytach nic nie jest permanentne, wszystko za jakiś czas wróci “do normy”. A mimo to, czytając ostatnie strony “Imperatywu Thanosa”, trudno powstrzymać wzruszenie.

Epilog komiksu ustanawia nowe porządki w galaktyce. Po rozpadzie drużyny Strażników Galaktyki, ktoś musi zająć się ochroną wszechświata. Pada na Anihilatorów - zespół potężnych istot, które w przeciwieństwie do drużyny Quilla, samą swoją obecnością potrafią zetrzeć z twarzy uśmiech niejednego kosmicznego ważniaka. W skład drużyny wchodzą: Ronan Oskarżyciel, Silver Surfer, Beta-Ray Bill, Gladiator, Quasar i tajemnicza Ikon.

W pierwszej historii nowa drużyna będzie musiała się dotrzeć, zaś Quasar będzie musiał uwierzyć we własne siły. Zarówno drużyna, jak i ziemski bohater, będą mieli ku temu okazję, rozwiązując problem Czarnego Słońca, które zagraża jednej z planet. Anihilatorzy kontynuują dziedzictwo Strażników Galaktyki, jednak ze względu na zupełnie inny charakter zarówno całej drużyny, jak i poszczególnych jej członków, komiks ma nieco inny ciężar. Choć nie brakuje humoru (powracające żarty o Ronanie jako najsłabszym ogniwie ekipy oraz Ikon podrywająca Quasara), to całość ma inny ciężar. Podobnie jest w drugiej historii, w której ekipa przybywa na ziemię w poszukiwaniu niedobitków Kościoła Prawdy - na ich drodze staną Avengers, myśląc, że to inwazja z kosmosu. Pomiędzy dostajemy cztery zeszyty o Rockecie i Groocie, typowo komediową rzecz, która nieco odstaje od reszty. W warstwie graficznej stawia na cartoon, zaś fabularnie opowiada o wydarzeniach na o wiele mniejszą skalę i robi to z przymrużeniem oka. Przyjemny przerywnik przed bardziej angażującymi zeszytami.

Album “Imperatyw Thanosa” to must have dla wszystkich, którzy lubią kosmiczny zakątek Marvela i śledzą wymienione na początku tekstu serie. Trudno mi polecić ten tom komuś innemu - podejrzewam, że może być zbytnio zagubiony, bowiem scenarzyści rzucają czytelnika od razu na głęboką wodę. Trzeba jednak przyznać, że to godne zwieńczenie wieloletniej przygody Abnetta i Lanninga z kosmosem Marvela, piękne pożegnanie kilku lubianych postaci i ciekawe otwarcie dla paru innych. Sprawnie napisana i narysowana rzecz, której jednak nie polecam “początkującym” czytelnikom.

Opublikowano:



Imperatyw Thanosa

Imperatyw Thanosa

Scenariusz: Dan Abnett, Andy Lanning
Rysunki: Miguel Sepulveda, Tan Eng Huat, Timothy Green II, Miguel Sepulveda, Brad Walker
Wydanie: I
Data wydania: Lipiec 2022
Seria: Thanos, Marvel Classic
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Druk: kolor
Oprawa: twarda
Format: 170x260 mm
Stron: 492
Cena: 199,99 zł
Wydawnictwo: Egmont
ISBN: Tomasz Sidorkiewicz
WASZA OCENA
Brak głosów...
TWOJA OCENA
Zagłosuj!

Galerie

Imperatyw Thanosa, Marvel [recenzja] Imperatyw Thanosa, Marvel [recenzja] Imperatyw Thanosa, Marvel [recenzja]

Komentarze

-Jeszcze nie ma komentarzy-