baner

Recenzja

„Nic nigdy się nie kończy”

Przemysław Pawełek recenzuje Strażnicy. Sezon 1
8/10
„Nic nigdy się nie kończy”
8/10
Gdy usłyszałem o pracach nad telewizyjnymi "Watchmenami" - wydawało mi się, że będzie to serial zbędny. W końcu komiks Alana Moore'a to dzieło przemyślane, spójne, kompletne i w zasadzie niemożliwe do zaadaptowania w stu procentach na inne medium (co Zack Snyder zdawał się swoim filmem potwierdzać). Kolejne wieści z planu produkcji sugerowały mi też, że będzie to projekt karkołomny. Przedpremierowy pokaz pierwszego odcinka zrobił jednak na mnie kolosalne wrażenie - okazało się, że Damon Lindelof może i wysoko licytował (w przypadku tak kompleksowego tytułu otoczonego kultem chyba trudno inaczej), ale też wiedział, co robi, a na kolejne odcinki czekałem z autentyczną niecierpliwością, co od lat rzadko mi się zdarza.

Serial wystartował z nietypowego, ale okazało się że jednak bardzo rozsądnego punktu wyjścia. Zamiast na nowo pokazywać klasyczny komiks Alana Moore'a - zdecydowano się na remiks. Pierwotnej serii nie dało się zaadaptować bez zubożenia materiału, a i kontekst się zmienił, Lindelof z ekipą postanowili więc odpowiedzieć na pytanie - skoro ten świat to rzeczywistość alternatywna, będąca odbiciem naszego świata, to jak sytuacja w tym świecie mogłaby wyglądać obecnie, po tylu latach, które minęły w tym świecie od premiery? "Watchmeni" z HBO są więc groteskowym odbiciem USA ery prezydentury Donalda Trumpa. Dawni Strażnicy rozpierzchli się - zginęli, odeszli, przepadli, znaleźli sobie nowy cel w życiu albo nawet zapomnieli kim są. Wciąż czuć echa wydarzeni z kulminacji komiksowej serii, ale realia są już inne - policjanci z powodów bezpieczeństwa zasłaniają swoje twarze, coraz mocniej akcentują swoje roszczenia prawicowi ekstremiści, którzy wielbią Rorschacha, a pewna śmierć połączy losy nowej generacji stróżów prawa z postaciami wymyślonymi przez brytyjskiego scenarzystę.

W serialu robi wrażenie parę rzeczy - realizatorska sprawność, efekty specjalne, muzyka, ale największy podziw budziło u mnie podejście do materiału źródłowego. Autorzy serii przeczytali komiks, bardzo dobrze moim zdaniem zrozumieli intencje jego autorów, po czym przekazali je w sposób adekwatny do naszych czasów. Widać tu zarówno większe i mniejsze odwołania fabularne, wizualne, ale także są wyraźne analogie na poziomie symboliki czy przesłania. Nie jest to oczywiście mieszanka idealna - momentami fabuła ma konkretne dziury, napięcie nieco siada, gdy poznajemy zagadkę wspomnianej śmierci, a dramaturgię dobija na koniec tani chwyt związany z paradoksem czasowym. Niestety Doktora Manhattana i jego kwantowe postrzeganie rzeczywistości filmowcy zrozumieli po swojemu.

Mimo wszystko doceniam ich wysiłek, bo wzięli się za niemożliwe, a jednak stanęli na wysokości zadania. Oddzielną kwestią jest oglądanie serialu bez znajomości komiksu. Ekipa z HBO twierdzi, że tak można i to żaden problem, i pewnie otrzymamy wtedy po prostu zagadkę kryminalną w alternatywnej linii czasowej, ale jednak ten serial dużo zyskuje przez bycie nieautoryzowanym przedłużeniem komiksu sprzed ponad 30 lat. Mętna nieco jednak dla mnie pozostaje osnowa tej nowej historii. Alan Moore napisał swój komiks poniekąd jako krytykę konwencji superbohaterskiej, naiwnej i oderwanej od ludzkiej psychologii, bo superherosów, którzy swoją moralność stawiają ponad prawo, powinniśmy się w istocie bać, a nie nimi fascynować czy im kibicować. To także krytyka wszechwładnych liderów mocarstw, którzy kształtują światową politykę po swojemu.

Nie do końca wiem, co chciał powiedzieć Damon Lindelof. Teoretycznie wątek krytyki superherosów też tu jest, co najlepiej widać po dziedzictwie Rorschacha. Kluczem wydają się być chyba jednak dwa przeplatające się w komiksie i serialu wątki - masek oraz jednych z ostatnich słów Doktora Manhattana z komiksu, że nic się nigdy nie kończy. Od czasu rzezi w Tulsie - 'otwierającej' serial i zakorzenionej także w naszej rzeczywistości - sporo się niby zmieniło, ale Amerykanie chowają obecnie swoje uprzedzenia za fasadami, a tłumienie rasizmu nie prowadzi chyba nigdzie. Fikcyjny wątek ukrywających swoją tożsamość prawicowych ekstremistów planujący spisek tak zirytował część odbiorców (którzy serialu w wielu przypadkach prawdopodobnie nawet nie widzieli), że doszło do ataków na serial na agregatorach ocen - internetowe anony zgotowały własną zmasakrowaną kontrę, co zakrawa na naprawdę smutą ironię. Potem, gdy doszło w USA do zamieszek na tle rasowym, zaczęły docierać do nas informacje o policjantach zasłaniających numery odznak w trakcie tłumienia protestów.

Myśl Alana Moore'a zawarta w jego komiksie wydaje się być ponadczasowa, a autorom serialu najwyraźniej udało się ją przynajmniej w części przekazać, co wydawało się być nierealne. Szkoda tylko, że jest to na poziomie struktury całego serialu sztuczką królika, który sam siebie wyciąga z kapelusza.


Autor recenzji jest dziennikarzem Polskiego Radia.

Opublikowano:



Strażnicy. Sezon 1

Strażnicy. Sezon 1

Premiera: Czerwiec 2020
Seria: Strażnicy, Kanon komiksu
Druk: kolor
Oprawa: DVD
Stron: 505 min.
Wydawnictwo: Galapagos
  • Reżyser: Lindelof Damon
  • WASZA OCENA
    Brak głosów...
    TWOJA OCENA
    Zagłosuj!

    Komentarze

    -Jeszcze nie ma komentarzy-