baner

Recenzja

Need for speed

Przemysław Pawełek recenzuje Le Mans '66
8/10
Need for speed
8/10
James Mangold to reżyser znany fanom kina komiksowego za sprawą swoich filmów o Wolverine'ie, zwłaszcza dzięki "Loganowi", uznawanemu za jedną z najlepszych produkcji o trykociarzach. Amerykanin dobrze też czuje się w innych konwencjach, także w realistycznej. W swoim czasie zrealizował dobrze przyjętą biografię Johny'ego Casha. Jego ostatnia produkcja, choć zbacza w rejon motoryzacji, również dotyczy ikon amerykańskiej popkultury minionego wieku. To historia, którą praktycznie rzecz biorąc streszcza polski i oryginalny tytuł. "Le Mans '66" to historyczne, całodobowe wyścigi samochodowe, a oryginalne "Ford v Ferrari" to pojedynek samochodowych gigantów, który stoczono właśnie na zawodach we Francji.

Mangold w swoim dramacie odwołuje się do pewnego wzorca opowieści, który amerykanie uwielbiają. To niemal klasyczna opowieść o Dawidzie, który stanął do walki z Goliatem, nowym graczu (obowiązkowo z USA), który podjął wyzwanie w nieco obcej sobie dotąd dyscyplinie, i wbrew niekorzystnym warunkom i braku doświadczenia, a dzięki hartowi ducha i konsekwencji, w końcu wygrał. Wyzwanie dotyczy samochodów wyścigowych i co prawda gigant (Ferrari) stoi na przysłowiowych glinianych nogach, bo firma jest na skraju bankructwa, a Dawid (Ford) jest nowicjuszem, ale z bardzo mocnym zapleczem, to nie ma absolutnie żadnego znaczenia, bo film ogląda się po prostu świetnie.

Reżyser opowiada tu w sumie kilka historii na raz. To opowieść o pasji motoryzacyjnej, o pędzie do prędkości i bicia rekordów, o stawianiu sobie wyzwań nie do przekroczenia. To pojedynek dwóch wizji. To także historia przyjaźni, lojalności, piękna sportowych wyzwań i niewdzięczności pakującego się do sportu świata biznesu. Mangold splata te wątki w jedną całość, nie popadając jednak w nadęcie, sprawnie pilnując rytmu opowieści, bawiąc się dialogami.

Film mocno stoi też na stworzonych na ekranie kreacjach. Główne role powierzono tu Mattowi Damonowi, w roli podtatusiałego wyścigowca przekwalifikowanego na projektanta, oraz Christianowi Bale'owi, mechanikowi i kierowcy z trudnym charakterem, show kradnie im jednak Jom Bernthal w roli ambitnego marketingowca. Żaden z aktorów nie może się tu jednak równać z samochodami, bo Ford GT40 to jedno z najładniejszych aut na ziemi, a przedstawiono je w tym filmie w sposób zmiękczający serce nawet moje, osoby bez prawa jazdy. Ekipa filmu zrobiła zresztą świetną robotę przy scenach rajdów - dynamicznych, sugestywnych, z bardzo płynnymi i czytelnymi ujęciami i montażem.

Banalne będzie stwierdzenie, że to film dla fanów czterech kółek, bo tak jak wspomniałem - magia klasycznych aut wyścigowych udzieliła się także mnie. Duża w tym rola scen wyścigowych, aktorów, ale największą sztuczkę wywinął chyba reżyser, który sprawił, że oglądanie pojedynku korporacyjnego amerykańskiego molocha z europejskim bankrutem, pojedynku, który i tak wiemy jak się skończy, budzi emocje.


Autor recenzji jest dziennikarzem Polskiego Radia.

Opublikowano:



Le Mans '66

Le Mans '66

Premiera: Marzec 2020
Oprawa: DVD
Stron: 147 min.
Wydawnictwo: Imperial CinePix
  • Reżyser: James Mangold
  • ZAPOWIEDŹ
    WASZA OCENA
    Brak głosów...

    Komentarze

    -Jeszcze nie ma komentarzy-