reklama baner reklama

Nowe Teksty

Kosmiczne początki Toma Kinga
Sławinski o "Omega Men. To już koniec"
Wysyp Venomów
Panic o "Amazing Spider-Man. Globalna sieć #08: Venom Inc."
Mighty Mike
Kleszcz o "Uniwersum DC według Mike`a Mignoli"
Brzydki i słaby
Kleszcz o "Superman. Action Comics #03: Polowanie na Lewiatana"
Okładka miesiąca: październik 2020
Chmielewski wybiera okładkę miesiąca

Zapowiedzi

Reklama baner Reklama

Nowe Plansze

Nowe Imprezy

Forum Alei Komiksu

Wywiad

Amerykański sen – rozmowa z Katarzyną Niemczyk

Łukasz Chmielewski
Amerykański sen – rozmowa z Katarzyną Niemczyk, ilustratorką i rysowniczką, pierwszą Polką, która narysowała serię komiksową dla Marvela i była nominowana do Eisner Awards.

W 2015 roku jednym z gości Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi był C.B. Cebulski, wówczas łowca talentów w największym amerykańskie wydawnictwie komiksowym, Marvelu. To on wybrał twoje portfolio i otworzył ci drzwi do międzynarodowej kariery. Liczyłaś na to?


Nie spodziewałam się tego. Rok wcześniej wzięłam udział w corocznym konkursie dla debiutantów organizowanym przez wydawnictwo Top Cow, ale nie skończyłam na czas przygotować wymaganego minimum stron. Po tym planowałam porozsyłać portfolio do mniejszych wydawnictw i z początku nie uważałam, żeby było wystarczająco dobre na celowanie wyżej. Mój dobry kolega i znany rysownik, Sebastian Skrobol namówił mnie jednak, żebym spróbowała, i to on zawiózł do Łodzi moje portfolio, bo ja akurat nie mogłam jechać.

Kasia_Niemczykfoto
Katarzyna Niemczyk


Co w twoich pracach urzekło Marvela?

Nie wiem, nie dostałam informacji zwrotnej. Wiem tylko, że C.B. Cebulski wybrał wtedy trzy portfolia. Wydaje mi się, że mój styl rysowania jest dość mainstreamowy, a dwa pozostałe miały bardziej charakterystyczną stylistykę, w związku z tym być może mnie było najłatwiej wpasować w serię skierowaną do masowego odbiorcy?

„Mockingbird” to seria o młodej i niezależnej agentce, raczej kierowana do czytelniczek. Jej przygody pisze kobieta, ceniona i popularna w USA pisarka, Chelesea Cain. Może pasowałaś do tego kobiecego klucza?

Mogło to mieć znaczenie, ale nie wiem, czy szukali kogoś konkretnie do „Mockingbird”. Najpierw dostałam informację, że Marvel mnie chce, dopiero później, że dostanę własną serię, którą będzie nowy cykl „Mockingbird”. Dostałam też później propozycję rysowania serii o męskim bohaterze, ale odmówiłam, bo uznałam, że to nie mój klimat. Jeszcze przed rozpoczęciem prac nad "Mockingbird" C.B. Cebulski zapytał mnie, jakie postacie chcę rysować, wymieniłam więc swoje ulubione bohaterki z uniwersum Marvela. Chelsea również dostała propozycje kilku różnych rysowników, z którymi miałaby pracować nad serią, i wybrała mnie.

MKN
Mockingbird, projekt postaci



A z Mockingbird czułaś się dobrze?

Tak, choć wolę klimaty fantasy. Serie Marvela są jednak dość mocno osadzone we współczesnych realiach. Dlatego też bardzo mnie ucieszyła propozycja rysownia miniserii „Age of Conan: Belit”, której bohaterką jest znana z uniwersum Roberta E. Howarda piratka.

Masz poczucie, że udało ci się coś, o czym marzy wiele rysowników i rysowniczek na całym świecie?

Nie czuję się tak. Pewnie są ludzie, którzy uważają, że nie zasługuję na taki angaż, bo wzięłam się znikąd i nie mam doświadczenia w branży. Przez to jednak, że nie byłam obecna na komiksowej scenie, mam do tego dystans.

A czytasz komiksy?

Jako nastolatka zaczytywałam się w mandze... Lubiłam też bardzo Asteriksa i absolutnie urzekły mnie komiksy z serii Tomb Raider, zwłaszcza zeszyt rysowany przez Michaela Turnera. Teraz czytam niewiele.

Jak wyglądała praca nad „Mockingbird”?

Wiedziałam, że będzie ciężko. Po pierwsze, jestem debiutantką, po drugie, nie jestem szybka, a na rynek w USA trzeba rysować dużo w krótkim czasie. Dlatego też zaczęliśmy prace nad serią parę miesięcy przed planowaną premierą. Ostatnie numery powstawały już jednak na bieżąco, czyli w ciągu miesiąca rysowałam 20 stron komiksu.

W jakiej formie trafiał do ciebie scenariusz?

W większości przypadków wyglądał dość standardowo, a narracja była rozpisana na kadry. Wyjątkiem jest 11. zeszyt „Invincible Iron Man”, do którego narysowałam 16-stronicowy komiks z Mary Jane i Tonym Starkiem. Jego scenarzysta, Brian Michael Bendis rozpisał także, co czują w danej scenie bohaterowie. To bardzo pomagało mi w pracy.

IIM10KN
okładka "Invincible Iron Man #10


Wracały do ciebie plansze z uwagami?

Na początku tak i to często, ale pod koniec rysowania „Mockinbird” już się wdrożyłam i byłam na tyle zgrana ze scenarzystką, że nie miała uwag. Bardzo dużo fajnych uwag dotyczących storytelingu dostałam też od edytorów.

Co to były za uwagi?

Przede wszystkim jak prowadzić wizualną narrację. Zwłaszcza czego nie robić. Wcześniej tworzyłam głównie ilustracje, które są kompletnie odmienne kompozycyjnie od rysunków komiksowych, w których musi być miejsce na tekst. Musiałam się więc nauczyć, żeby nie zostawiać za mało miejsca na dymki. Bez tekstu komiksowe kadry wyglądają czasem bardzo dziwnie, właśnie dlatego, że tak są pomyślane kompozycyjnie, żeby zmieścił się zapis dialogu czy opis. Niektórzy rysownicy szkicują sobie dymki, żeby było im łatwiej rysować. Musiałam też uważać na flipowanie scen. Taka sytuacja pojawia się, kiedy w jednym kadrze postać idzie w prawo, a na następnym jest z jego lewej strony. To nienaturalne i bardzo wybija z rytmu czytelnika.

Na ile miałaś swobodę w interpretacji scenariusza?

W pierwszych zeszytach „Mockingbird” staram się trzymać wytycznych scenarzystki, choć na poziomie szkicu proponowałam swoje rozwiązania. Generalnie wszyscy scenarzyści, z którymi pracowałam, są bardzo otwarci na zmiany. To wynika między innymi z tego, że oni operują wyłącznie słowem, a czasem jakaś scena wymaga więcej niż jednego kadru, jak np. zmiana wyrazu twarzy. Rolą rysownika jest zaproponować rozbicie kadrów w takiej sytuacji.

Komiks jest pod wieloma względami skonwencjonalizowany. Dymek otoczony przerywaną linią oznacza szept, a przypominający znak dymny myśli bohatera, szybki ruch ręką oddaje się czasem w jednym kadrze poprzez narysowanie kilku rąk. Czy przy braku komiksowego doświadczenia przygotowywałaś się do „Mockingbird” pod tym kątem?

Nie. Na szczęście edytorzy wyłapywali wszystkie moje warsztatowe potknięcia i podpowiadali rozwiązania. Co ważne, 100% uwag było trafnych i dawały pożądany efekt.

Praca nad „Mickingbird” była twoim głównym źródłem utrzymania czy raczej dodatkowym zleceniem?

Absolutnie jedynym. Nie miałabym na nic innego czasu. Nie mogę mówić o stawkach, ale na finanse nie mogę narzekać. To były pieniądze, za które można dobrze żyć w Polsce.

W USA komiks o Mockingbird był odbierany przez pryzmat rewolucji genderowej. Na okładce, ósmego i ostatniego zeszytu główna bohaterka ma napis na koszulce „Ask me about my feminist agenda”. Spodziewasz się podobnego odbioru komiksu w Polsce?

Nie. Ameryka wydaje mi się dużo bardziej rozdarta i skrajna, a przez to łatwiej tam o burzę. Polacy wydają się ogólnie mniej przejmować takimi sprawami, choć oczywiście skrajne środowiska potrafią narobić zamieszania. Jesteśmy też w dużej mierze przyzwyczajeni do większej wolności w europejskich komiksach i może takiego odbiorcę trudniej jest zaszokować?

Trafiłaś na pewną zmianę polityki wydawniczej w Marvelu. Kończyła się wówczas linia „All New, All Deferent”, w której reinterpretowano klasycznych bohaterów, stawiając na postacie kobiece, mniejszości etniczne i wykluczonych. Wyrazem tego są nie tylko kobiece wersje ikonicznych bohaterów jak Wolverine czy Iron Man, ale także postawienie na twórców, którzy nie są białymi mężczyznami, i nowe postacie. Właśnie takie jak Mockingbird, która nosi koszulkę z feministycznym hasłem. Marvel skasował twoją serię po ośmiu zeszytach, czyli dość szybko. Nowa linia „Marvel Legacy” powracała do klasycznych wersji herosów. Czujesz, że padłaś ofiarą polityki wydawniczej?

Nie mam takiego poczucia.

O zamknięciu serii zadecydowała zatem jej słaba sprzedaż?

Sprzedaż była całkiem przyzwoita. Mogła być jednak poniżej oczekiwań wydawcy. Oczywiście pierwszy numer sprzedał się najlepiej, a kolejne słabiej, ale to jest trend, który dotyka wszystkie serie. „Mockingbird” skasowano, biorąc pod uwagę tylko wyniki sprzedaży zeszytówek, co oczywiście jest standardową praktyką i inne serie zamykano na tych samych zasadach, czyli bez uwzględnienia wyników sprzedaży wydania zbiorczego. Nie rozumiem tego systemu. Uważam, że szkodzi rynkowi. Sprzedaż pierwszych zeszytów podbijają kolekcjonerzy. Wydania zbiorcze trafiają z kolei do innych odbiorców, a nasz integral sprzedał się bardzo dobrze.

System wydawniczy, w którym seria wychodzi najpierw w krótkich odcinkach, a potem w wydaniach zbiorczych, wydaje się nieco kanibalistyczny...

A na dodatek wydanie zbiorcze jest tańsze niż koszt sumy zawartych w nich zeszytów... Taki system jest też niekorzystny od strony artystycznej. Każdy zeszyt musi kończyć się suspensem. To bardzo ogranicza twórców. Gdyby nie było takich obostrzeń, można by zupełnie inaczej poprowadzić narrację. Z korzyścią dla historii.

Za „Mockingbird” byłaś nominowana do Eisner Awards. To najbardziej prestiżowe wyróżnienie amerykańskiej branży komiksowej, które jest odpowiednikiem Oskarów. Jak to odebrałaś?

Nie byłam nominowana personalnie. Nominowane były jednak dwie serie z moimi rysunkami: „Mockingbird” właśnie i stworzona także do scenariusza Chelsea Cain „Man-Eaters”. Wydawcą pierwszej był Marvel, drugiej Image. A żeby odpowiedzieć na pytanie, muszę najpierw podkreślić, że zawsze wiedziałam, że chcę rysować komiksy, bo podobają mi się one od strony twórczej, natomiast nigdy nie byłam związana z fandomem, nie śledziłam rynku i nie wiedziałam, jak on funkcjonuje. Kiedy więc dowiedziałam się o nominacji do Eisnera, to do końca nie wiedziałam, co to jest... Dopiero, gdy sprawdziłam, to oczywiście ucieszyłam się, ale sama informacja nie spadła na mnie jak grom z jasnego nieba.

OWKN
szkice, Overwatch


Wspomniałaś już o komiksie o Iron Manie, z uniwersum Conana i teraz o cyklu „Man- Eaters”. Debiutancka „Mockingbird” przełożyła się chyba na propozycje?

Zdecydowanie tak. Oprócz wspomnianych Marvela i Image pracowałam przy serii „Faith” dla wydawnictwa Valiant, dla Dark Horse przygotowałam wariantowe okładki do komiksowego „Mass Effect”, a dla Blizzarda komiks „Overwatch”.

Stawki różnią się pomiędzy wydawnictwami?

Trochę się różnią. Blizzard, który nie jest wydawnictwem komiksowym, a producentem gier komputerowych, płaci najwięcej. Kiedy podałam im swoją stawkę, powiedzieli, że zapłacą więcej... A komiks powstał tylko jako niewielki element promocji gry komputerowej. Nie był przeznaczony stricte do sprzedaży, choć ukazał się też jako zeszyt na Free Comic Book Day.

Czym się teraz zajmujesz?

Wracam do gier.

Dlaczego?

To mniej wykańczająca praca. Bardzo lubię robić komiksy, ale chciałabym mieć na to więcej czasu. Dlatego pewnie zacznę tworzyć coś własnego, a zarobkowo pozostanę w branży growej. Zwłaszcza że gry też bardzo lubię.

Co możesz powiedzieć o tym autorskim projekcie?

Bardzo chciałabym stworzyć własny komiks internetowy. Pisany i rysowany wyłącznie przeze mnie. Na razie nie chcę zdradzać, co to będzie, bo cały czas pracuję nad tym projektem, ale to na pewno będzie fantastyka. Orki i elfy.

Jaka jest zasadnicza różnica od strony twórczej między komiksem a gramami?

Czas i pieniądze. Jest ich zdecydowanie więcej w grach.

Gry to też inny rodzaj rysowania?

Tak. W Marvelu trzeba narysować w miesiąc 20 stron po 5-8 kadrów każda, czyli de facto ilustracji. To na prawdę zawrotne tempo.

Twoja przygoda z komisem może być dla wielu zaskakująca. W pewnym sensie zrobiłaś sobie wyprawę po złote runo, osiągając coś, o czym wielu od lat marzy (solowa seria, nominacje do Eisnera). I teraz zostawiasz to wszystko...

Moja historia pokazuje, że można. Pisali do mnie obcy ludzie, że cieszą się moim sukcesem, bo jest dowodem, że można dostać się bez znajomości do takiego wielkiego wydawnictwa. Fajnie, że to daje im energię. Może to dla nich będzie taki znak, żeby też spróbowali i nie przejmowali się?

Angaż do Marvela był spełnieniem twoich marzeń?

Zawsze marzyłam o robieniu komiksów, choć raczej nigdy konkretnie o Marvelu. Można więc powiedzieć, że w jakimś sensie tak.

Branża cię rozczarowała, skoro ją zostawiasz?

Absolutnie nie. Oczywiście narzekam na brak czasu, ale ludzie są fantastyczni. Bardzo fajnie mi się z nimi pracowało. Są w życiu jednak ważniejsze rzeczy niż praca. Jeśli zabiera ona więcej, niż daje, to musisz zadać sobie pytanie, czy warto? Zwłaszcza jeśli stawką jest zdrowie... Rysując pierwsze zeszyty „Mockingbird”, siedziałam od 7 rano do 3 w nocy nad planszami. I tak dzień w dzień. Nic dziwnego, że rozchorowałam się. Niczego oczywiście nie żałuję, ale wolę bardziej ustatkowany tryb pracy.

Odmówisz propozycji komiksowej?

Serii tak. Są ludzie, którzy to zrobią szybciej i lepiej. Natomiast jeśli czas pozwoli, to chętnie porysuję mniejsze projekty. Dwa już mam zakolejkowane.

Pod koniec 2019 roku pojawiły się polskie wydania komiksów z DC z okładkami rysowanymi przez polskich artystów. Bohaterowie jak Batman czy Wonder Woman pokazywani byli na nich na tle polskich miast. Te prace prezentowano także w ramach wartej jeżdżącej po świecie „Świt superbohaterów DC” w łódzkim EC1. To absolutnie unikatowy projekt. Dla ciebie to też było takie wydarzenie?

Cieszę się z tego projektu, bo nie współpracowałam w DC i mogłam narysować Wonder Woman. Niestety, kiedy pojawiła się ta propozycja, byłam chora i ominął mnie związany z nią entuzjazm, ale z perspektywy czasu nie mam wątpliwości, że to świetna inicjatywa, pozwalająca połączyć ikonicznych herosów z polskimi lokacjami.

LS01PL_WWNiemczyk
okładka "Liga Sprawiedliwości #01: Totalność"


Skoro wiadoma była postać i miasto, to ile było dowolności przy rysowaniu okładek dla DC?

Przy takich założeniach nie ma dużego pola do eksperymentowania. Nie sądzę też, żeby było na to miejsce. Na każdym etapie powstawania okładki, od szkicu, po kolor, projekt był konsultowany z DC, które miało uwagi, np. dotyczącego barw czy zagęszczenia kompozycji.

Czujesz się gwiazdą?

Nie. No coś ty!? Uwaga ludzi skupiona na mnie trochę mnie krępuje. Bardzo się ucieszyłam, że będę pracować dla Marvela, ale dlatego, że to oznacza tworzenie komiksów, a nie, że wiąże się z tym jakaś rozpoznawalność... W pierwszym tygodniu po pojawieniu się informacji o angażu w Marvelu dostawałam masę maili z propozycjami wywiadu, wszystkie wtedy odrzuciłam i nadal nie jest to moja ulubiona aktywność.

Gdyby „Mockingbird” było dziełem, z którym mieliby cię identyfikować ludzie, to jakbyś to odebrała?

To dobry komiks, więc nie mam nic przeciwko. Z drugiej strony, to by oznaczało, że nie zrobiłam nic lepszego, a to zachęca do pracy. Mam jednak wrażenie, że sporo osób kojarzy mnie też dzięki moim stripom o grach, zwłaszcza tymi o „Mass Effect". I to chyba są kompletnie różne środowiska.



Więcej prac Katarzyny Niemczyk można obejrzeć tutaj. Zdjęcie Katarzyny Niemczyk dzięki uprzejmości Egmont Polska.




Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
mkidn_logo

Opublikowano:



Komentarze

-Jeszcze nie ma komentarzy-