Nowe Teksty

Paulina Christa: Żeby pamięć o dziadku nie zaginęła
rozmowa z Pauliną Christą, prezesem Fundacji „Kreska” im. Janusza Christy
Coś się kończy, coś się zaczyna
Tymoteusz Wronka o "Łasuch #03"
Danie w sosie słodko-gorzkim
Wronka o "Chew #12: Czarna polewka"
Pewnego razu w kinie
Pawełek o filmie "Pewnego razu... w Hollywood"
Spalone kurczaki
Chmielewski o 7. edycji Złotych Kurczaków

Zapowiedzi

Nowe Plansze

Nowe Imprezy

Forum Alei Komiksu

baner

Artykuł

Strażnicy Galaktyki - krótka historia serii (1969 - 2011)

Jan Sławiński
W przeciwieństwie do wcześniejszych produkcji Marvel Cinematic Universe, których bohaterami byli doskonale wszystkim znani Iron Man, Thor, Kapitan Ameryka czy Hulk, "Strażnicy Galaktyki" Jamesa Gunna z 2014 roku orbitowali wokół postaci w Polsce nieznanych. O ile bohaterowie poprzednich filmów już od lat 90. cieszyli się w Polsce popularnością dzięki serialom animowanym i komiksom, tak Strażnicy Galaktyki mogły być dla wielu zupełnie anonimowymi postaciami. Te czasy oczywiście już minęły - sukces filmów Gunna i pojawienie się Strażników ostatnich częściach "Avengers", a także komiksy Bendisa z Marvel Now skutecznie przybliżyły ich wizerunek polskiemu odbiorcy. Niedawno Egmont zaczął wydawać najlepszy w moim mniemaniu run o kosmicznych awanturnikach. Z tej okazji przybliżam historię tych postaci i serii komiksowych, w których występowały.



Wszystko zaczęło się w 1969 roku, gdy na amerykańskie półki sklepowe trafił osiemnasty numer nieregularnika "Marvel Super-Heroes". Seria była czymś na kształt antologii, w której najczęściej przedrukowywano historie z różnymi bohaterami. Trafiały tam też opowieści, które nie weszły do regularnych serii z rozmaitych przyczyn – za przykład niech posłuży opowieść ze Spider-Manem, którą narysował Ross Andru do regularnej serii "The Amazing Spider-Man" w zastępstwie chorego Johna Romity Sr., stałego rysownika serii. Gdy Romita wrócił do zdrowia szybciej, niż oczekiwano, i zdążył narysować komiks, który pierwotnie miał się znaleźć w serii, historia z rysunkami Andru trafiła do antologii. Na przestrzeni lat można było w niej znaleźć istne pomieszanie z poplątaniem - od horrorów bez superbohaterów, przez komiksy ze Złotej Ery, wczesne prace Jacka Kirby’ego, po debiuty tak ważnych z dzisiejszej perspektywy postaci jak bohaterowie niniejszego tekstu.

Przez kolejne lata Strażnicy Galaktyki występowali gościnnie w kilku tytułach, głównie w charakterze wsparcia dla bardziej rozpoznawalnych i cenionych bohaterów. Dopiero w roku 1990 bohaterowie dostali własną serię, którą zajął się Jim Valentino. Przez dwa lata był jedynym autorem przygód dzielnych Strażników, seria przetrwała do 1995 roku, wydano 62 numery. Historia działa się w alternatywnym wszechświecie w XXXI wieku. Trzon drużyny stanowią następujący bohaterowie: Major Vance Astro – astronauta z XX wieku, podróżujący w czasie (bohater powróci do odnowionej serii "Strażników" w 2008 roku jako Major Victory), oraz ostatni przedstawiciele swych ras: Martinex T'Naga (posiadający kryształowe ciało), Kapitan Charli-27 z Jowisza i Jondu – niebieskoskóry kosmita z czerwonym irokezem na głowie. Później do drużyny dołączają jeszcze zmiennokształtny Starhawk i Nikki, genetycznie zmutowana kobieta z ognistą fryzurą. Z dzisiejszej perspektywy historie Valentino i spółki mogą wydać się ciężkostrawne. Kto chce poznać „starą drużynę”, ma ku temu okazję dzięki serii "Guardians 3000", która przybliża przygody opisanych wyżej bohaterów w odnowiony sposób, przystępny dla nowego odbiorcy.



Kto jednak już dziś chce poznać fenomen "Strażników Galaktyki", ten powinien sięgnąć po zrestartowaną serię z 2008 roku, której pierwszy tom niedawno wydał Egmont. To właśnie na niej bazował James Gunn przenosząc materiał źródłowy na ekran. Osobiście jestem wielkim fanem pracy Dana Abnetta i Andy’ego Lanninga, którzy odpowiadają za nowoczesną wizję komiksu. To właśnie dzięki tym scenarzystom przygody Strażników zyskały rzesze fanów. Wydaje mi się, że jest to wypadkową kilku doskonale połączonych czynników. "Strażnicy Galaktyki" z lat 2008-2010 to wspaniała gra z czytelnikiem, świadoma zabawa konwencją. Komiks rozgrywa się w – co tu dużo mówić – odległej galaktyce, z dala od głównych wydarzeń prezentowanych na co dzień w Uniwersum Marvela, co daje twórcom większą swobodę i dzięki czemu mogą oni podejść z dystansem do własnej pracy. Nie są uwiązani kolejnymi crossoverami, bo te najczęściej mają miejsce na Ziemi i są w nie zaangażowani inni bohaterowie z Avengers na czele. Oczywiście Marvel nie byłby Marvelem, gdyby i Strażnicy nie brali udziału w wielkich wydarzeniach, które dotykają całego Uniwersum – stąd w fabule wątki dotykające wydarzeń znanych chociażby z Secret Invasion czy War of Kings. Wszystko jest jednak rozegrane zaskakująco subtelnie, a „wielkie wydarzenia, po których już nic nigdy nie będzie takie samo” nie przyćmiewają atutów serii – mnóstwa szalonej akcji i równie szalonego humoru. Jednak zaskakujące fabularne zwroty i ostre jak brzytwa dialogi byłyby niczym bez największego atutu serii – całej galerii barwnych postaci.

Już krótka charakterystyka każdej z nich daje nam jasno do zrozumienia, że przy tym komiksie nie możemy się nudzić. Peter Quill, lider grupy znany też jako Star-Lord, to kosmiczny awanturnik, ziemianin bez żadnych supermocy podróżujący po kosmosie. Charyzmatyczny bohater, przypominający mi nieco skrzyżowanie Hana Solo ze Starej Trylogii i Jamesa T. Kirka z rebootu J. J. Abramsa. Robiący furorę w zwiastunach gadający szop – Rocket Racoon oraz człekokształtne drzewo Groot to kolejni członkowie drużyny. Pierwszy słynie z niewyparzonej gęby, geniuszu taktycznego i miłości do ogromnych spluw. Groot jest jego najlepszym przyjacielem, choć to monarcha z Planety X, potrafi wypowiedzieć tylko trzy słowa: I am Groot. Wbrew pozorom szop doskonale go rozumie i potrafi przetłumaczyć intencje swego kompana. O ile Star-Lord i Racoon odpowiadają w dużej mierze za planowanie misji, główną siłę uderzeniową stanowią Drax Niszczyciel oraz Gamora. Pierwszy jest wytatuowanym bad-assem, jeśli chodzi o walkę wręcz, nikt w całej galaktyce nie ma do niego podjazdu. Arthur Douglas, po śmierci został wskrzeszony w celu zabicia Szalonego Tytana - Thanosa (którego dziś już nikomu przedstawiać nie trzeba), które to zadanie staje się jego nadrzędnym celem. Gamora zaś to przybrana córka fioletowego tytana, bezwzględna zabójczyni, która sprzeciwiła się ojcu i przeszła na stronę dobra, wstępując w szeregi Strażników. Ponadto grupę uzupełniają jeszcze dwie postaci, które prawdopodobnie nie odegrają w filmie tak istotnej roli. Zarówno Adam Warlock, jak i Phyla-Vell (mająca wiele przydomków) to bardzo potężne byty potrafiące zapanować nad magią i energią, mające w życiorysie pewne mroczne chwile. Są o tyle ciekawe, że – przez pewne zawirowania fabularne – będą dla reszty drużyny równie cenni, co niebezpieczni.

Drużynę wspiera telepatka Mantis oraz Cosmo – pies w stroju astronauty gadający z rosyjskim akcentem. Reszta członków, jak wspomniany wcześniej Major Victory (przybywający z XXXI wieku, posiadający tarczę Kapitana Ameryki i nadający drużynie nazwę) czy niecierpiący kosmicznych przygód Jack Flag, raz pomagają Quillowi i spółce, raz znikają, zajmując się własnymi sprawami bądź ginąc. W końcu kosmos to niebezpieczne miejsce.



Odnowieni "Strażnicy Galaktyki" przetrwali 25 numerów. Kto jednak chce poznać dokładnie wydarzenia prowadzące do powstania drużyny powinien sięgnąć po crossovery "Annihilation" oraz "Annihilation: Conquest" (wydane przez Egmont), zaś dalsze losy bohaterów przedstawione zostały w mini-serii "The Thanos Imperative" (wydanej w ramach Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela). Cieszę się, że Egmont sięgnął po run Abnetta i Lanninga, bo to najlepsze, co przydarzyło się tak Strażnikom Galaktyki, jak i całemu kosmosowi Marvela.

Opublikowano:



Komentarze

-Jeszcze nie ma komentarzy-