reklama baner reklama
baner

Recenzja

Powrót do domu

Paweł Panic recenzuje Ultimate Spider-Man. Tom 4
9/10
Powrót do domu
9/10
O takiego Człowieka Pająka walczyłem - pomyślałem już po kilkunastu stronach „The Ultimate Spider-Mana”. I nie przeszkadzało mi w niczym, że swoją przygodę z tym tytułem zaczynam od czwartego tomu. Brian Michael Bendis tak prowadzi tę serię, że od razu poczułem się jak w domu.

Ostatnie kilka tomów głównej serii przygód Spider-Mana (czyli „The Amazing Spider-Man: Globalna sieć”) było dla mnie powodem nieustannego utyskiwania na podejście jej scenarzysty, Dana Slotta, do wątków obyczajowych. Nie będę się powtarzał, że te nigdy nie były jego mocną stroną, ale po kilkunastu albumach, które Egmont już wypuścił na polski rynek, można naprawdę mieć dość superbohaterskiej papki serwowanej nam pod marką „TASM”. Osobiście za najlepsze lata tej serii uważam run J. M. Straczynskiego. Przejął on stery pajęczej serii w chwili, kiedy podnosiła się ona po wszystkich nieszczęściach, które spadły na nią w latach 90. Historie Straczynskiego czytało się świetnie, a po latach, na tle kontynuatora, jeszcze bardziej doceniam ich wartość. Przez te zachwyty gdzieś umknęła mi jednak seria, która w tamtych latach pojawiła się na rynku i spotkała się z równie dobrym przyjęciem. Pierwotnie „Ultimate Spider-Man” miał za zadanie zainteresować bohaterem nowych czytelników. Peter Parker znowu był w nim nastolatkiem, z którym mogli identyfikować się czytelnicy w jego wieku. Oczywiście jego świat nie był przy tym Nowym Jorkiem z epoki „Mad Men”, lecz metropolią z początków nowego tysiąclecia. Dzieciaki jeszcze nie miały smartfonów, ale świetnie radziły sobie z wyszukiwarką Google. Epoka odkrytych kostek też była jeszcze pieśnią przyszłości i nikogo nie dziwiły poprzecierane od deptania nogawki. Takiego właśnie Petera Parkera zaserwował nam Brian Michael Bendis, wówczas wschodząca gwiazda amerykańskie rynku komiksowego. I chociaż bohater „Ultimate Spider-Mana” był nastolatkiem, zaś sama opowieść była mocno osadzona w szkolnych realiach, to scenariuszom bynajmniej nie można było zarzucić braku dojrzałości – tym bardziej w zestawieniu z tym, co na łamach „TASM-a” wyczynia Slott. Spider-Man Bendisa jest dużo młodszy, a scenariusze dużo doroślejsze.

O wartości omawianego albumu decydują wątki obyczajowe. Zresztą w kilku pierwszych zeszytach, które się na niego składają, próżno szukać efektownych superbohaterskich akcji. Bohater akurat nie ma stroju, więc stara się nie wychylać. Zamiast tego otrzymujemy jego miłosne perypetie z Mary Jane, problemy w szkole i chwile bliskości z ciocią May. Owszem, jest tu jakiś antagonista, przez którego na arenę wkraczają X-Meni, ale to tylko przerywniki w nieustannych bojach, jakie Peter prowadzi z codziennością. Dawno nie czytałem tak wiarygodnych, naturalnych dialogów (i to nie tylko w komiksie spod znaku „superhero”). Szczera dobroć i idealizm Petera nie wynikają tutaj z jego bohaterskich czynów, lecz z tego, co robi i mówi, kiedy nie nosi maski. Każda z postaci, które przewijają się przez łamy tego komiksu, jest ciekawa. Gwen Stacy pojawia się tylko w tle, ale i tak wyrasta na kogoś znacznie bardziej skomplikowanego niż tradycyjna blondwłosa opozycja Mary Jane. Z kolei ta druga jest chyba moją ulubioną wersją tej bohaterki, jaka zagościła na łamach komiksów (a zawsze myślałem, że jest nią Mary Jane z epoki oper mydlanych).

Sporo miejsca poświęcono również redakcji „Daily Bugle”. Zarówno J. Jonah Jameson, jak i Robbie Robertson oraz Ben Urich nie odbiegają znacząco od swoich klasycznych wersji, a i tak wydają się znacznie bardziej skomplikowanymi postaciami. Przede wszystkim Jameson pokazuje tutaj nie tylko oblicze tyrana, ale też faceta z zasadami, który potrafi przyznać się do błędu. I tak wszystkich przebija jednak ciocia May. Postać ta tradycyjnie kojarzona jest z bezradną staruszką, która, owszem, czasem pokazuje swój charakter, ale i tak scenarzyści ostatecznie sprowadzają ją do roli tej jedynej osoby, która nie może umrzeć i którą Peter zawsze uratuje, choćby cały świat miał się palić i walić. Tutaj May zyskuje autentyczną głębię, w czym niebagatelne znaczenie ma scena u terapeutki. Na kilkunastu stronach, na których ją przedstawiono, dowiadujemy się więcej o relacji chłopaka i jego cioci, niż przez całe lata czytania opowieści Dana Slotta. Wiedząc, jaki los spotkał Petera Parkera w ostatnim, 160 zeszycie „Ultimate Spider-Mana”, bardzo mocno wybrzmiewają zwłaszcza słowa: „Nie chcę, żeby umarł”.

Można ponarzekać, że w scenach obyczajowych za dużo niekiedy nastoletniej dramy, ale po co? Takie są realia tego komiksu. Problemy bohaterów są dla nich najważniejsze i raczej nie będą przejmować się tym, że żyją w świecie, któremu nieustannie zagrażają kosmici i źli mutanci, kiedy mają problem z despotycznym ojcem Mary i nadgorliwymi nauczycielami. A co z akcją? Spokojnie, tej też nie brakuje. Jest katastrofa Blackbirda, są pojedynki ze zbirami Kingpina, w reszcie jest cała końcówka, w której na arenę wkracza Czarna Kotka. Dynamiczne sekwencje z tą bohaterką i jej późniejszy pojedynek z Elektrą powinny zaspokoić wszystkich spragnionych tego typu scen. A wszystko w wykonaniu niezawodnego Marka Bagleya. Owszem, zdaję sobie sprawę, że ten rysownik raczej nie ma tak licznego i wiernego grona fanów, jak inni artyści z epoki TM-Semic, ale dla mnie pierwszy komiksowy Spider-Man był rysowany właśnie kreską Bagleya. Sentyment zwycięża, nie potrafię zatem narzekać na oprawę graficzną „Ultimate Spider-Mana”.

Czwarty tom „Ultimate Spider-Mana” to komiks kompletny. Dzieje się w nim dużo, a sceny akcji w doskonałych proporcjach wymieszane są z wątkami obyczajowymi. Wskoczyłem w tę serię na pułapie czterdziestego zeszytu, a mimo to nie miałem problemów z rozeznaniem się w sytuacji. Dostałem kilka wątków, ale właściwie każdy z nich został w satysfakcjonujący sposób zakończony (oprócz Flasha Thompsona...). I, co najlepsze, po skończonej lekturze poczułem się naprawdę syty. Najadłem się w sam raz, a mój apetyt dobrej opowieści ze Spider-Manem został w pełni zaspokojony. Kiedy jednak znowu zatruję się większą dawką Slotta, to na pewno sięgnę po Bendisową odtrutkę.

Opublikowano:



Ultimate Spider-Man. Tom 4

Ultimate Spider-Man. Tom 4

Scenariusz: Brian Michael Bendis
Rysunki: Mark Bagley
Wydanie: I
Data wydania: Lipiec 2019
Seria: Ultimate Spider-Man, Marvel Classic
Tłumaczenie: Marek Starosta
Druk: kolor
Oprawa: twarda
Format: 170x260 mm
Stron: 328
Cena: 99,99 zł
Wydawnictwo: Egmont
ISBN: 9788328141827
WASZA OCENA
Brak głosów...
TWOJA OCENA
Zagłosuj!

Komentarze

-Jeszcze nie ma komentarzy-