„Trochę hałasu z głębi lasu”, której bohaterami są leśne zwierzątka."> Adam Święcki: Przyszłość w rękach czytelników - Aleja Komiksu
reklama baner reklama

Nowe Teksty

Prawie jak Spider-Man
Tymczyński o 3. tomie "Deadpool Classic"
Komiksy na święta #2017
Chmielewski o wymarzonych reedycjach
Zmierzch szlachetnego dzikusa
Zimiński o 4. tomie "Skalpu"
Królik ronin i zagadka przeklętej świątyni
Grygiel o 31. tomie "Usagi Yojimbo"
Luc Gordon
Kleszcz o 1. integralu "Luca Orienta"

Zapowiedzi

Nowe Plansze

Nowe Imprezy

Forum Alei Komiksu

Zapytaj Wydawcę

baner

Wywiad

Adam Święcki: Przyszłość w rękach czytelników

Maciej Gierszewski
Maciej Gierszewski rozmawia z Adamem Święckim o jego komiksach dla dzieci z serii „Trochę hałasu z głębi lasu”, której bohaterami są leśne zwierzątka.


Maciej Gierszewski: Adam, jak nawiązałeś współpracę z wydawnictwem Tadam? Oni do Ciebie napisali? Czy ty wyszedłeś z gotowym pomysłem na serię?

Adama Święcki: Nawiązanie współpracy przebiegło dość typowo, choć początkowo nic nie zapowiadało przygody z komiksem dla najmłodszych. Odpowiedziałem na ogłoszenie, w którym wydawnictwo szukało ilustratora dziecięcego. Otrzymałem tekst, ale praca zakończyła się na pierwszym szkicu do książki, ponieważ zaproponowano mi stworzenie komiksu do planowanej serii „Mój pierwszy komiks”. Taka opcja spodobała mi się bardzo i przystąpiłem do procesu, który ostatecznie przybrał kształt pt. „Pani detektyw Sowa”.

adam_swiecickiFOTO
Adam Święcki (fot. z arch. AŚ)


Czy od razu planowałeś, że album „Pani detektyw Sowa” będzie pierwszy z cyklu „Trochę hałasu z głębi lasu”?

Nie wiedziałem, w którą stronę pójdzie „Mój pierwszy komiks”, i ile jest planowanych tytułów. Pracowałem nad książeczką jako pojedynczym tytułem. Ale oczywiście z tyłu głowy dopuszczałem myśl, że może to być cykl. Z tą myślą projektowałem okładkę, by mogła tworzyć pewien szablon. Czyli bohater na tle lasu, w którym widać postacie zwierząt przewijające się w danym komiksie. Tytuł przyjął się, zyskał dobre recenzje i ruszyliśmy dalej. Zaproponowałem dwie opcje. Dalsze przygody Pani Sowy (gwarantowało przywiązanie do postaci) lub przygody innych zwierzątek z lasu (dawało większe pole na urozmaicenie przygód). Stanęło na tym drugim (co uważam za trafny wybór). Cykl nie miał swojej nazwy, na co zwrócił mi uwagę Ystad z Alei Komiksu (miał problem z archiwizowaniem tytułu w bazie komiksów). Stał się więc niejako ojcem chrzestnym tytułu, który szybko wymyśliłem. Komiksy są rymowane, więc naturalnym wydało mi się wykorzystać rym w tytule. Tak powstało „Trochę hałasu z głębi lasu”.

Dlaczego leśne zwierzęta? A nie choćby ludzie lub jakieś fantastyczne stworki?

Poszedłem na kompromis i przedstawiłem fantastyczne zwierzęta z ludzkimi cechami. Prawdę mówiąc, nie zastanawiałem się. Nie planowałem długo. Nie pamiętam dokładnie procesu, ale po prostu usiadłem, wymyśliłem i następnego dnia zacząłem rysować. Zwierzęta są sympatyczne, dają duże możliwości. Chciałem, by bohater rozwiązywał zagadkę. Wpadła więc do głowy sowa. Nie chciałem się z nią kłócić, więc została zaangażowana do produkcji. I tak to szybko się zrobiło samo.

Lubisz spacerować po lesie? Widziałeś kiedyś na żywo, w naturze a nie zoo, sowę, lisa czy wilka?



O, tak! Zwierząt widziałem mnóstwo. Samych mrówek całe setki! Urodziłem się i wychowałem w Zambrowie, małym mieście w województwie podlaskim. Mieścina okolona polami i lasami, które jako dziecko przemierzałem tędy i owędy. Potem wyjechałem do Białegostoku, też położonego pośród kniei, by ostatecznie wylądować w podbiałostockim Wasilkowie. Tam przez kilka lat mieszkałem przy ścianie lasu. Kilka kroków z domu i byłem pośród drzew i grzybów. Zza konarów wybiegały sarny i jeże. Łatwiej było wejść, niż wyjść. Nie zdziwisz się, więc gdy powiem, że miałem okazję spotkać wiele zwierząt, ale też i innych stworzeń leśnych, które na co dzień ukrywają się przed ludzkim okiem.

Cykl „Trochę hałasu…” to twoja pierwsza propozycja dla dzieci?

Moja pierwsza propozycja dla dzieci sięga czasów przedszkolnych. Zaproponowałem wtedy dzieciom z przedszkola, byśmy pociągnęli za brodę Świętego Mikołaja. Miałem niejasne podejrzenia, że bierzemy udział w mistyfikacji. Na tę propozycję nikt niestety nie przystał (wiadomo, być grzecznym = otrzymać prezent). Minęło więc trochę lat i ponownie zacząłem proponować dzieciom. Początkowo były to kolorowanki i proste książeczki. Z czasem zrobiło się tego coraz więcej, a od ok. dziesięciu lat współpracuję z serwisem superkid.pl i tam proponujemy dzieciom, rodzicom i nauczycielom niezmierzoną ilość materiałów.

Tekst opowiadania to rymowane dystychy, co sprawia większą trudność: znalezienie dobrego rymu czy właściwego koloru?

To rzeczy tak różne, że nie jestem w stanie porównać. Chyba podobnie proste. Idę na łatwiznę i czerpię z rodzinnych genów. Rodzina od strony taty to chroniczni wierszokleci. Moja ciocia Tereska (kłaniam się) mawia - „ nawet nie czuję jak rymuję”. Rodzina od strony mamy zaś, zarażona jest wirusem talentów manualnych.

Przy rymowanych tekstach dłużej zatrzymuję się przy pierwszych stronach. Z każdą następną jest coraz łatwiej. Po skończonej pracy jeszcze przez trzy dni mówię rymem i mocno pracuję, by przestawić się na prozę.

W czasie studiów architektonicznych mieliśmy położony dość duży nacisk na teorię koloru. Pani profesor była Rosjanką i wpajała nam rosyjską szkołę. Miałem też wrażenie, że i rosyjskim sposobem.

Książeczki „Trochę hałasu z głębi lasu” tworzę na komputerze, ale przy doborze koloru staram się myśleć jak przy malowaniu manualnym. Nie korzystam więc z próbnika kolorów, palet etc. Korzystam z czterech kolorów, mieszając je w głowie, a później w komputerze, wpisując ich wartości tak, by osiągnąć kolor, jaki sobie wymyślę. Zamiast rozwodnienia wpisuję procent nasycenia. Pozwala mi to lepiej panować nad kolorem, minimalizując niespodzianki po wydruku.



Rysujesz komiksy od wielu lat, głównie dla dorosłych. Czy, gdy siadasz do dziecięcej serii, musisz jakoś inaczej się nastawić lub przestawić?

Nie. Nie mam z tym problemów ani specjalnych wymagań. Siadam z założeniem pracy nad jakimś tematem i go realizuję. Ograniczeniem jest dla mnie tylko to, że nie lubię po pracy nad jednym projektem, zajmować się tego samego dnia innym, niezależnie do jakiego odbiorcy jest on skierowany. Przystępując następnego dnia do pracy, mam więc czystą głowę i naturalnie wchodzę w klimat, jakiego oczekuje dana historia. Nie robię rzeczy, których nie czuję, do których muszę się zmuszać. Każda rzecz, jaką tworzę, bawi mnie, może dlatego nie potrzebuję specjalnego nastawienia. Jeśli coś się zmieni, spróbuję medytacji.

Co jest ważne w rysowaniu dla dzieci? Na co należy zwracać baczną uwagę?

Nie chcę uchodzić za eksperta, więc się powymądrzam (ale tylko trochę). To oczywiście kwestia złożona. Od spraw technicznych po czysto intuicyjne. Dzieci w różnym wieku inaczej widzą kolory, kontrast, związki przyczynowo skutkowe. Stąd różnice w rysunku dla różnych grup wiekowych, w formie, grubości kreski etc. Także różnice w przedstawieniu fabuły. Ja podlewam to też sosem słodko-kwaśnym własnej intuicji.

Trudniej robi się komiksy dla dzieci czy dla dorosłych?

Tradycyjna odpowiedź to oczywiście – trudniej dla dzieci. Ale nie wiem, czy tak jest na pewno. Może to sprawa indywidualna każdego rysownika. Praca dla dzieci może być bardziej wymagająca i ostrożna w kreacji. Dziecko poszukuje i warto się nagłowić, jak je poruszyć, nim przemieni się w dorosłego, który lubi to, co już widział.

Całość została dobrze przyjęta przez małoletnich czytelników oraz rodziców. Jakoś cię to dodatkowo motywuje?

To pokarm dla każdego twórcy. Ja dzięki temu zrezygnowałem z drugiego śniadania.
Podczas pracy nie myślę o odbiorze komiksu, ale już po ukończeniu (jeśli jest on pozytywny) przychodzi nie tylko ochota na dalsze działanie ale otwierają się też nowe drzwiczki w głowie i wlatują (lub wylatują?) pomysły. Czytelnik niechcący staje się współautorem kolejnych przygód.

Nim prześlesz do wydawcy kolejną odsłonę, to testujesz na kimś (dzieci własne lub rodzeństwa)?

Doceniam różnorodność dzieci i gdybym miał na nich testować, to grupa fokusowa byłaby w liczbie przedszkolnej drużyny. Polegam na dziecku w sobie. W czasie tworzenia przemieniam się (ale tylko w środku) w dzieciaka. Przeżywam historię, którą tworzę tak, jak robiłem to kilka lat temu, gdy byłem przedszkolakiem. Między kadrami dzieje się wtedy więcej, niż jest w komiksie i widzą dorośli. Każda mina zwierzaka i jego wypowiedź niesie więcej treści. Po prostu jestem w tamtym świecie. Po ukończeniu daję całość do testera jakości, czyli mojej żony. Biorę pod uwagę to, co widzi okiem nieskażonym wielogodzinnym wpatrywaniem się w ilustrację i zdarza mi się poprawiać kolory lub kompozycję.

Cykl „Trochę hałasu…” na chwilę obecną to cztery tomy, czy masz w planach kolejne części?

Przyszłość leży w rękach czytelników i wydawnictwa. Ja tylko przelewam na papier przygody, które podsłuchuję i podpatruję w lesie. A dzieje się tam całkiem sporo. Śmiesznie, strasznie i wzruszająco. Jest o czym pisać i co rysować.

Jakie zwierze będzie następnym bohaterem?

Kolejny zwierzak to pomysł czytelniczki. I jest to świetny pomysł. Sympatyczne stworzenie, które daje duże możliwości na fajną śmieszno-mądrą historię. Nie zdradzę jednak, kim będzie ta bohaterka...


Opublikowano:



Komentarze

-Jeszcze nie ma komentarzy-