reklama baner reklama

Nowe Teksty

Emo-Vader i rozterki krwawiącego serca lorda Sith
Grygiel o "Darth Vader i zaginiony oddział"
Bóg Piorunów leci wysoko
Kleszcz o 4. tomie "Thora Gmowładnego"
Bagienna batalistyka
Panic o 5. tomie "Ołów Rzymu"
Ten rzadki dreszcz ekscytacji
Kleszcz o "Universum DC: Odrodzenie" (Rebirth)
Gnat, czyli arcydzieło
Gierszewski o 1. tomie "Gnata"

Zapowiedzi

Reklama baner Reklama

Nowe Plansze

Nowe Imprezy

Forum Alei Komiksu

Zapytaj Wydawcę

baner

Artykuł

Cuda, cudeńka: "Marvels"

Yaqza, Yaqza, Yaqza

     Kiedy to wszystko się zaczęło? Kiedy pojawili się "oni"- metaludzie w kolorowych trykotach nadstawiający swe życie dla niewinnych, walczący z niesprawiedliwością, uciskiem, zbrodnią, wrogami narodu? Kim był pierwszy z nich, jaką reakcję wywołali gdy się pojawili? Zachwyt? Strach? Przerażenie? Paranoję? Uwielbienie? A może wszystkiego po trochu? Kim byli i dlaczego robili to, co robili? Czy mieli w tym jakiś cel?

    Tyle pytań, tak mało odpowiedzi...Ale jest ktoś kto może nam odpowiedzieć na przynajmniej część z nich- to fotograf, który był świadkiem pojawienia się tych "cudów", tych "niezwykłości"- jak sam nazwał superbohaterów. Wykonał setki zdjęć ilustrujących ich działalność, towarzyszył im na każdym kroku, znał ich historię od podszewki. Ku ich chwale stworzył album z najlepszymi pracami jakie kiedykolwiek wykonał- a teraz opowie nam o ludziach, którzy przybyli znikąd by ratować nasze życia..."Marvels" to hołd dla nich, stworzony przez człowieka który był naocznym świadkiem zmian jakie zaszły w USA połowy XX wieku.

    Głównym bohaterem "Marvels", jak już wspomniałem, nie są wbrew pozorom superbohaterowie, potężne istoty pojawiające się w Ameryce przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych, a zwykły fotograf pracujący dorywczo raz dla Daily Globe, kiedy indziej dla Daily Bugle, nowojorskich gazet codziennych , szukający okazji by wyrwać się do Europy jako korespondent wojenny. Nazywa się Phil Sheldon- to jemu właśnie, jako jednemu z pierwszych, przyjdzie stanąć oko w oko z pierwszymi meta-istotami które pojawią się w jego rodzimym mieście.

    Numer pierwszy to można by powiedzieć wstęp do całej mini serii- mamy rok 1939, nastroje w Europie sięgają temperatury wrzenia, Ameryka zaś tkwi w błogim przekonaniu o swej potędze, potędze tego słynnego "amerykańskiego snu", nieśmiertelności i niezniszczalności. I to właśnie w tym czasie na arenie wydarzeń pojawiają się pierwsze istoty obdarzone nadnaturalnymi zdolnościami. Pierwszym z nich jest Człowiek Pochodnia (Human Torch). "wynalazek" doktora Phineasa Hortona, wielkiego naukowca i wizjonera. Jego najnowsze dzieło, istota która w kontakcie z tlenem zamienia się w spowitą płomieniami burzę ognia wywołuje przerażenie ludności Nowego Jorku. Zmuszony pogrzebać swe "dzieło" Horton nie opuszcza go jednak- i następuje w końcu dzień gdy piekło wyrywa się na wolność.
Pochodnia postrzegany jest jako zagrożenie (zgodnie z odwieczną zasadą iż jeżeli czegoś nie rozumiemy, to się tego boimy, a jak się już boimy to i do nienawiści niedaleko).
    Sposób postrzegania tegoż "stwora" zmienia się gdy staje on do walki z księciem Atlantydy, Namorem, który walcząc o prawa swego podwodnego ludu wdaje się w bezkompromisowy konflikt z ludnością Nowego Jorku. Paradoksalnie dopiero wtedy, w obliczu zagrożenia większego niż on sam Torch zyskuje sympatię- przecież wróg naszego wroga jest naszym przyjacielem, nieprawdaż?
    Koniec końców dochodzi wreszcie do zawiązania porozumienia między obydwoma adwersarzami, którzy ramię w ramię staja do walki z nazistami.
Jednocześnie na scenę wydarzeń wkraczają też inne meta-istoty, jak chociażby sam słynny super-żołnierz, Kapitan Ameryka, zwalczający Piątą Kolumnę działającą na terenie USA a sabotującą i szpiegującą na korzyść Niemców...

    W numerze drugim wydarzenia nabierają tempa- superbohaterowie szturmem zdobywają USA, społeczeństwo szaleje na ich punkcie, media prześcigają się w wyszukiwaniu okazji do zbicia pieniędzy na wszystkim co ma związek z nadludźmi. Ale gdzieś w tej całej glorii, całej chwale potężnej Ameryki obdarzonej cudem bohaterów, broniących jej granic i jej obywateli przed wszystkim co złe, znajdujemy rysę na nieskalanej- na pierwszy rzut oka- powierzchni klejnotu. Mutanci- następny etap ewolucji, przyszłość planety, zagrożenie- tak brzmi analiza dokonana przez niejakiego Truska który niezbicie dowiódł, że ci "odmieńcy" zagrażają kwiatu, dlatego też muszą zostać wytępieni- dla dobra Ameryki, oczywiście.
Sam Sheldon także początkowo daje się ponieść fali nienawiści wywołanej przez Truska- jest kolejnym elementem tej szalonej machiny- jednakże spotkanie z małą dziewczynką-mutantem ukrywającą się w jego domu zmusza go do rewizji swych poglądów, próby obiektywnego spojrzenia na "problem" tych odszczepieńców...

    Księga druga "Marvels" to przede wszystkim dogłębna analiza paranoi społecznej, dokonana na tle tak niewinnych wydarzeń jak ślub Reeda Richardsa i Susan Strorm z Fantastic Four- i przez ten właśnie zabieg, wykorzystanie tak jaskrawego kontrastu w postrzeganiu nadludzi zeszyt ten jeszcze bardziej zmusza do refleksji- pod przykrywką utopii, państwa ogólnej szczęśliwości i dobrobytu czai się piekło zrodzone w ludzkich duszach i umysłach- piekło tylko czekające na szansę wyrwania się na wolność...

    Tom trzeci to z kolei upadek prestiżu i chwały superbohaterów. Po okresie ich gloryfikacji i zafascynowania ludźmi w trykotach USA przyzwyczaja się do nich- w każdym aspekcie tego słowa. Walka z przybyszem z kosmosu nie jest już usprawiedliwieniem dla zniszczenia jakiegoś budynku, wszelkie niestosowne zachowania niegdysiejszych herosów natychmiast wyciągane są na światło dzienne i poddawane bezlitosnej krytyce- kozłem ofiarnym tych czasów staje się Tony Stark, Iron Man krytykowany za rozrzutność i styl życia playboya. Dziennikarze zamieniają się w łowców sensacji starających się przyłapać swych nie tak dawnych idoli na jakimś skandaliku.

    Phil, bohater "Marvels", także ma swoje własne problemy- jego praca pochłania go w tak wielkim stopniu, iż zapomina on o swym prywatnym życiu, a chęć zdobycia zdjęcia przeliczalnego na dolary staje się wręcz obsesją.
    W obliczu tego kryzysu meta-ludzi na ziemię przybywa sam Galactus, potężny kosmita czerpiący energię życiową z planet...Jego pojawienie się zwiastuje koniec Ziemi, koniec wszystkiego, Apokalipsę. Ludzkie reakcje zmieniają się jak w kalejdoskopie- lęk gdy niebo staje w płomieniach, nadzieja gdy do walki włącza się Fantastyczna Czwórka ramię w ramię z wysłannikiem Galactusa., Silver Surferem, radość po zwycięstwie i wreszcie...absurdalne obwinianie superbohaterów o zbyt wolną reakcję w obliczu zagrożenia.

    Czwarty ( i ostatni już) tom serii jest chyba najbardziej osobistym- najwięcej tu prywatnych przemyśleń Sheldona, jego poglądów na istotę mitu superbohaterów, jego własnych demonów dręczących go w każdej chwili gdy ma czas na zastanowienie się nad sensem tego pościgu za sensacją.
    Obwinia ludzi iż nie pokładają wiatry w superbohaterów. Posądza o niewdzięczność, nieumiejętność przyznania się do błędu- ale jak on sam widzi tych idolów? Czy jego sposób postrzegania jest zgodny z rzeczywistością? Czy można- tak jak on- wierzyć w nich bezgranicznie?

    Głównym wątkiem tego numeru jest śledztwo prowadzone przez Sheldona w sprawie śmierci ojca Gwen Stacy. Obwiniony o tę zbrodnię Spiderman wydaje się Philowi jedynie kozłem ofiarnym- dlatego postanawia sam odnaleźć i wskazać prawdziwego zabójcę. Ale przecież społeczeństwo już wie kto jest winny- manipulowani przez prasę i nienawidzącego Człowieka-Pająka Jonaha Jamesona, naczelnego "Daily Bugle" masy wierzą już bezgranicznie w winę Pająka. Czy można coś z tym zmienić? Czy córka zabitego pomoże Sheldonowi? Ta fascynująca młoda osoba może stać się zaczątkiem artykułu o prawdzie...a stanie się punktem wyjścia do zmiany filozofii fotografa.

    W oryginale na mini serię "Marvels" składają się 4 zeszyty, choć Amerykanie, jak to oni, musieli popieścić kieszeń czytelnika także numerem zerowym- wydanym po zakończeniu całej opowieści, a w którym to ujęto prace Alexa Rossa i krótką opowieść o genezie Człowieka Pochodni- i dla tych już smaczków warto zakupić "zerówkę". Piękny zeszyt, śliczne artworki, świetna historia przedstawiająca akcję z perspektywy samego Torcha- taki numer zerowy trzeba mieć w swej kolekcji.

    To, co rzuca się w oczy, to świetne odwzorowanie realiów USA z przełomu lat 40/50- ubrania, pojazdy, fryzury, sposób wysławiania się- no właśnie, przede wszystkim ten ostatni decyduje o dopracowaniu komiksu w warstwie literackiej. Dialogi, powiedzonka, przekleństwa, zachowanie (zabawy dzieci, seans w kinie w czasie którego podano wiadomości o walce Namora i Torcha z nazistami, reakcje na pojawienie się bohaterów czy ich nemezis), wszystko jakby żywcem przeniesione z przecież nie tak odległych czasów połowy XX wieku pozwala wczuć się w niepowtarzalny klimat komiksu i bezproblemowo przenieść w ten właśnie okres.

    We wspaniały sposób odwzorowany jest także obraz społeczeństwa amerykańskiego- rzuca się w oczy przede wszystkim ich oportunizm i łatwe akceptowanie zmian zachodzących wokół nich. W jednej chwili Human Torch jest potworem, chwilę później, gdy walczy z Namorem staje się bohaterem; sam Namor także w końcu z śmiertelnego zagrożenia zamienia się w obrońcę Ameryki.     Interesująco przedstawia się sytuacja z mutantami, którzy postrzegani są jako "ciemna strona" superbohaterów, zagrożenie, rasa która obejmie władzę nad Ziemią gdy odejdą ludzie. Paranoja, która ogarnia społeczeństwo potrzebuje tylko jednej, dodatkowej iskry, by z buzującego płomyka zmienić się w gigantyczną, pochłaniającą wszystko eksplozję bezrozumnej nienawiści, ukierunkowanej przez strach i uprzedzenia. Zdumiewające jest iż nienawiść ta wynika tylko i wyłącznie z bezsensownej groźby zastąpienia ludzi przez mutantów- bo przecież czymże różnią się oni od zwykłych obywateli USA poza zmienionym genotypem? Nawet najbardziej odstręczający wyglądem, jak np. The Thing z Fantastic Four postrzegani są jako lepsi od najbardziej przypominającego nas samych mutanta.
    Po pierwszych chwilach strachu po pojawieniu się nad ludzi wszystkich ogarnia euforia- te niegdysiejsze dziwadła w jednej chwili staja się idolami społeczeństwa, prasa wariuje na ich temat starając się publikować wszystko co tylko ma z nimi związek- ludzie szybko potrafią przystosować się do zmieniającej się szybko rzeczywistości.

    Kolejna ciekawa obserwacja przeprowadzona została w numerze trzecim, w którym to Busiek rozłożył na czynniki pierwsze stosunek ludzi do nad-ludzi. Po dłuższym czasie obcowania nie są oni już takim fenomenem jak na przełomie lat 40/50- społeczność przyzwyczaiła się do nich, przyzwyczaiła że zawsze są i będą na miejscu by nadstawiać karku za setki nieznanych sobie mieszkańców Ameryki. Teraz meta-ludzie traktowani są jak policjanci pełniący służbę 24 godziny na dobę- a jeśli popełnią jakiś błąd i tak- bez względu na wcześniejsze zasługi- będą musieli za niego zapłacić. Nie ma taryfy ulgowej- i właśnie ten brak jakiejkolwiek wdzięczności budzi największą zgrozę- ONI byli, są i będą, bez względu na wszystko, a skoro już są to niech robią wszystko jak należy, bo inaczej my im pokażemy jak się zachowywać- zdają się mówić bohaterowie komiksu Busieka. Ci, którzy w oka mgnieniu mogliby przejąć to państwo we własne władanie są teraz postrzegani jako swoisty rodzaj sług...

    Busiek w kapitalny sposób komentuje zachowania społeczne, ich genezę i implikacje z nich wynikające- potrafi spojrzeć na fenomen superbohatera nie tylko oczami społeczeństwa, a także pojedynczego człowieka pozwalając sobie na wiele, czasami bardzo gorzkich, refleksji- i to chyba najważniejszy z powodów dla których TRZEBA sięgnąć po ten komiks.

    Co się tyczy oprawy graficznej, to można powiedzieć dwa słowa: Alex Ross, i wszystko powinno być jasne. Rysownik ten to jeden z najwybitniejszych malarzy komiksu naszych czasów, a jego ultra realistyczne prace porażają dokładnością, maestrią, pieczołowitością wykonania i feerią barw sprawiających iż każdy kadr tętni życiem. Human Torch pozostawiający na niebie pióropusz ognia pozwala zrozumieć czemu zwykli ludzie tak obawiali się tej istoty- emanuje on czysta mocą, nieposkromioną energią, a sam jego widok może wzbudzić lęk w sercach najodważniejszych. Spiderman faktycznie przybiera postać dziwoląga- chodzący po ścianie "ktoś" w kostiumie pająka budzi u niektórych wręcz obrzydzenie- padają nawet pytania czy pod maską "bohatera" ukrywa się człowiek...Galactus to czysta siła- zagrożenie jakie stworzył dla ziemi wydaje się zdumiewająco realne w obliczu poprzedzającej jego przebycie, spowijającej niebo burzą płomieni imaginacji. Ale przecież na suerbohaterach świat rysunków Rossa się nie kończy- on stworzył najpiękniejsza (najbardziej realistyczna i żywą) wizję Ameryki lat 40 i późniejszych, z jaką miałem do czynienia. Ogrom pracy włożonej w ten projekt powala na kolana- wystarczy pobieżnie przejrzeć ten komiks by samemu uznać jego perfekcję- przynajmniej w sferze rysunku.

    "Marvels" to niezwykły komiks- to opowieść o superbohaterach przez obiektyw aparatu, opisana dodatkowo komentarzami człowieka który te zdjęcia wykonał- osobista, prywatna, głęboka. Polecam wszystkim właściwie- bo ten komiks oprócz niezwykle bogatej warstwy literackiej kusi także szatą graficzną wartą grzechu.

Opublikowano:

Tagi

Alex Ross Marvel Marvels


Tagi

Alex Ross Marvel Marvels

Komentarze

-Jeszcze nie ma komentarzy-