reklama baner reklama

Nowe Teksty

Kosmos to za mało
Chmielewski o filmie "Valerian i Miasto Tysiąca Planet"
Nowa z czystą duszą
Chmielewski o 1. tomie "Inspektor Akane Tsunemori"
Albo czytasz komiks, albo oglądasz serial telewizyjny
Gierszewski o 2. tomie "Outcast. Opętanie"
Ostateczny krach idei
Kleszcz o 4. tomie "Uncanny Avengers"
Rewolucja na emeryturze
Zimiński o "Lone Sloane"

Zapowiedzi

Reklama baner Reklama

Nowe Plansze

Nowe Imprezy

Forum Alei Komiksu

Zapytaj Wydawcę

baner

Recenzja

Graficzny granat, fabularny niewypał

Marcin Kamiński recenzuje Lone Sloane
6/10
Graficzny granat, fabularny niewypał
6/10
Premiera „Salambo” Philippe’a Druilleta była dla mnie jednym z najważniejszych komiksowych wydarzeń ubiegłego roku. Z niecierpliwością wyczekiwałem zatem wydania kolejnego dzieła francuskiego mistrza. Niestety, antologia „Lone Sloane” dziś już nie robi takiego wrażenia jak czterdzieści lat temu, kiedy zawarte w niej opowiadania ukazywały się po raz pierwszy.

Philippe Druillet to legenda francuskiego komiksu. Autor dzieł wyznaczających nowe granice komiksowej sztuki. Współtwórca opiniotwórczego magazynu "Métal Hurlant" i wydawnictwa Les Humanoïdes Associés. Rysownik, którego prace inspirowały George’a Lucasa podczas pracy nad „Gwiezdnymi wojnami”.

Popularność przyniosły mu komiksowe opowieści o przygodach Lone Sloane’a - kosmicznego awanturnika, który w komiksowych kadrach zadebiutował w 1966 roku w albumie „Le Mystère des Abîmes”. Jednak dopiero pojawienie się bohatera na łamach popularnego magazynu „Pilote” w 1970 roku sprawiło, że twórczość Druilleta poznało i doceniło szerokie grono czytelników.

W antologii „Lone Sloane” znalazło się sześć krótkich historii pierwotnie opublikowanych właśnie w „Pilote” w latach 1970 i 1971 oraz dwa dłuższe opowiadania „Delirius” i „Delirius 2” wydane po raz pierwszy kolejno w latach 1972 oraz 2012.

Pierwszych sześć opowieści to utrzymane w konwencji barokowej space opery przygody tytułowego bohatera podczas jego podróży przez wszechświat. Historie jego dramatycznych spotkaniach z kosmicznymi piratami, olbrzymimi robotami, potężnymi czarownikami a nawet bogami. Stworzony do scenariusza Jacquesa Loba „Delirius” opowiada o wyprawie Sloane’a do miasta będącego stolicą galaktycznej rozpusty. Tam podejmuje się ryzykownego zadania okradzenia skarbca złowrogiego imperatora Shaana, co okazuje się wstępem do dużo większej i krwawszej przygody. „Delirius 2” opowiada o tym, jak po wielu latach Lone Sloane powraca do Deliriusa, by odszukać porwaną córkę przyjaciela.

Antologię otwiera wstęp autorstwa Rene Goscinny’ego, w którym autor „Asteriksa” pisze, że „Druillet dokonał przełomu w konstruowaniu opowieści ilustrowanej i wyzwolił ją z ciasnoty małych kadrów”. Cytowany później Jean-Pierre Dionnet, były redaktor naczelny magazynu "Métal Hurlant", pisze o opowiadaniach Druilleta opublikowanych w „Pilote”, że „zadziałały jak granat odłamkowy, który za jednym zamachem zmiótł wszystko, co istniało wcześniej. Spowodował implozję planszy z jej małymi, równo poukładanymi kadrami. Plansze Druilleta przypominały obrazy, dzieła sztuki”.

Przytaczam te wypowiedzi po to, żeby pokazać, iż na twórczość Druilleta nie można patrzeć bez historycznej perspektywy. Bo choć rysunki francuskiego mistrza wciąż robią wrażenie, to scenariusze trącą myszką, rażą topornością, a niekiedy ocierają się o grafomanię.

Najlepiej z całego tomu prezentuje się „Delirius” będący niezłą, choć miejscami przegadaną opowieścią przygodową. Jego kontynuacja jest już, niestety, męcząca. Narysowana w innym stylu, a fabularnie wtórna wobec części pierwszej, szybko zaczyna nużyć, a jej przeczytanie wymaga od czytelnika samozaparcia. Historie pochodzące z magazynu „Pilote” są najbardziej różnorodne. A przede wszystkim mają w sobie niezwykłą dzikość i kreatywną energię, dzięki którym, choć nie są scenariuszowo doskonałe, na długo pozostają w pamięci.

Szczerze powiedziawszy, to żadne z zawartych w antologii opowiadań nie jest fabularnym arcydziełem. Na szczęście Philippe Druillet jest znacznie lepszym rysownikiem niż scenarzystą i od strony graficznej „Lone Sloane” wciąż robi wrażenie. Współczesny czytelnik znający choćby prace Franka Millera, może nie dostrzec w nich nic oryginalnego, ale ja zaryzykuję stwierdzenie, że gdyby nie było Druilleta, nie byłoby również Millera.

Swoboda, z jaką francuski mistrz traktuje plansze, wciąż budzi podziw. Już blisko pięćdziesiąt lat temu Philippe Druillet z powodzeniem udowadniał, że komiks znakomicie może poradzić sobie bez klasycznych kadrów. Jego rysunki są całkowicie podporządkowane opowiadanej historii. Druillet bez wahania zmienia, nawet w obrębie jednej strony, perspektywę i orientację planszy. Jego rysunki zachwycają kompozycją, nieprawdopodobną ilością szczegółów i niesamowitymi projektami zarówno postaci jak i scenografii. Od strony wizualnej „Lone Sloane” zapewnia wrażenia i doznania, jakich nie znajdziecie w większości dzisiejszych komiksów.

Barkowy styl Druilleta nie wszystkim musi przypaść do gustu. Ba, wśród krytyków nie brakuje takich, którzy uważają francuskiego mistrza za grafomana, a jego rysunki za kicz. Nie zmienia to faktu, że każdy, kto interesuje się komiksami „na poważnie”, powinien Druilleta znać. „Lone Sloane” nie jest tak dobry jak „Salambo”. Miejscami przegadany, niekiedy niepotrzebnie efekciarski, a pod koniec zwyczajnie niedopracowany, ale zapadający w pamięć. To jeden z tych komiksów, o które warto się pokłócić.

Opublikowano:



Lone Sloane

Lone Sloane

Scenariusz: Philippe Druillet
Rysunki: Philippe Druillet
Wydanie: I
Data wydania: Czerwiec 2017
Seria: Mistrzowie Komiksu
Tytuł oryginału: Lone Sloane
Rok wydania oryginału: 1966
Tłumaczenie: Maria Mosiewicz
Druk: kolor
Oprawa: twarda
Format: 215x295 mm
Stron: 200
Cena: 99,99 zł
Wydawnictwo: Egmont
ISBN: 9788328119772
WASZA OCENA
Brak głosów...
TWOJA OCENA
Zagłosuj!

Galerie

Graficzny granat, fabularny niewypał Graficzny granat, fabularny niewypał Graficzny granat, fabularny niewypał

Komentarze

-Jeszcze nie ma komentarzy-