Kolejne zmartwychwstanie Magneto! Nie przegap tego!" czy "Mutanci walczą o ocalenie świata- czy im się uda?- bądź razem z nimi by przekonać się ..."> Komiks prawdziwszy niż życie- New X-men - Aleja Komiksu
reklama baner reklama

Nowe Teksty

Emo-Vader i rozterki krwawiącego serca lorda Sith
Grygiel o "Darth Vader i zaginiony oddział"
Bóg Piorunów leci wysoko
Kleszcz o 4. tomie "Thora Gmowładnego"
Bagienna batalistyka
Panic o 5. tomie "Ołów Rzymu"
Ten rzadki dreszcz ekscytacji
Kleszcz o "Universum DC: Odrodzenie" (Rebirth)
Gnat, czyli arcydzieło
Gierszewski o 1. tomie "Gnata"

Zapowiedzi

Reklama baner Reklama

Nowe Plansze

Nowe Imprezy

Forum Alei Komiksu

Zapytaj Wydawcę

baner

Artykuł

Komiks prawdziwszy niż życie- New X-men

Yaqza, Yaqza, Yaqza
     W lipcu 2001 roku rozpoczął się nowy rozdział w życiu mutantów Marvela. Tak, wiem, wielokrotnie już tak mówiono. "Kolejne zmartwychwstanie Magneto! Nie przegap tego!" czy "Mutanci walczą o ocalenie świata- czy im się uda?- bądź razem z nimi by przekonać się samemu!". Ale teraz mówię wam to ja, Yaqza, a nie jakiś spec od marketingu który jako "mokre sny" uważa te koszmary w których jego portfel wpadnie do jeziora...
    Tak więc, skoro rozwiałem już wasze wątpliwości, drodzy czytelnicy, możemy przejść do meritum- w lipcu 2001 roku rozpoczął się nowy rozdział w życiu mutantów Marvela. Seria "X-men" wyparowała w czerwcu z rynku by pojawić się miesiąc później (w lipcu właśnie...czego można było się domyślić...) już jako "New X-men". Chwyt marketingowy? Też, ale jak najbardziej godny pochwały i adekwatny w sytuacji jaka zaistniała.
Mimo zmiany tytułu komiksu nie zmieniono numeracji, i tak pierwszy numer napisany przez genialnego Granta Morrisona oznaczony został liczbą 114. Zapamiętajcie ją.
    Nieliczni szczęśliwcy mający dostęp do komiksów zagranicznych mieli zapewne przyjemność spotkać się z tym nazwiskiem już dawno temu i poznać szerzej twórczość pana Morrisona- że chociażby o "The Invisibles" wspomnę. Pozostałej (przeważającej) części gawiedzi- żądnych informacji pożeraczy komiksów- nazwisko to może kojarzyć się z wydanym nie tak dawno komiksem "JLA: Ziemia 2"- ci którzy czytali ten, nawiasem mówiąc, świetny tytuł, są w podwójnie dobrej sytuacji, ponieważ akurat tam scenariusz Morrisona ilustrował Frank Quitely, ten sam który później zajął się stroną graficzną "New X-men".
No ale ja tu sobie gadam, gadam, a o komiksie jeszcze jakoś nic nie wspomniałem.

"Pewnie pomyślicie że to tylko żart, ale ja już pięćdziesiąty raz mam ten sam koszmar, i to się dzieje znowu, właśnie teraz. Wszyscy zginą"

    Morrison lubi wywracać świat do góry nogami- dlatego wystartował z trzyczęściowa historią "E is for Extinction" (słowo "trzyczęściowa" jest tu tylko fasadą, gdyż reperkusje tej trylogii będą widoczne w kilkunastu kolejnych odcinkach serii).
    Poznajcie Cassandrę Novę. Cassandra nienawidzi mutantów- a szczególnie jednego z nich, potężnego telepaty i przy okazji naszego dobrego znajomego, łysego jak kolano Charles'a Xaviera. Czemu? Tego wam nie powiem by nie popsuć wam zabawy, ale....(uwielbiam przerywać w takich momentach, sprawia mi to perwersyjną przyjemność...).
    Cassandra jest bardzo sprytną osóbką. Dlatego między innymi udało jej się zniszczyć Genoshę. Tak tak, nie przesłyszeliście się- zniszczyła państwo mutantów liczące szesnaście milionów mieszkańców rządzone przez samego Magneto- wszystko zamienione w obłoki dymu w ciągu kilkudziesięciu minut, zrównane z ziemią, wymazane z historii jakby nigdy nie istniało...
    A to dopiero początek- uwierzcie mi, nigdy nie spotkaliście się z nikim takim jak ona. Magneto to spokojny staruszek a Shadow King niegroźny ekscentryk w porównaniu tą dziwnie podobną do Xaviera panią. Apocalypse? Zapomnijcie o nim- został zdetronizowany, spadł z listy najgroźniejszych wrogów ludzkości. I tutaj mamy mały kiks- Cassandra nie obawia się ludzi. Ona zwyczajnie WIE że nie stanowią dla niej zagrożenia. Przeczytajcie jeszcze raz tytuł tej historii- całą ludzkość czeka niespodzianka...w której nie będzie tak naprawdę maczał rąk żaden szaleniec. To kwestia ewolucji.
    Ta historia wprowadzi was, drodzy czytelnicy, w klimat "New X-men". A teraz pozwólcie że przerwę na chwilę wywód na temat treści serii by powiedzieć wam co nieco od siebie na temat tego, co zrobił Grant Morrison by uczynić "New X-men" czymś zupełnie odmiennym od tego, z czym mieliśmy do czynienia przez całe lata.

"Nazywam się Charles Xavier i jestem mutantem"



    Grant sprawił, że mutanci stali się realni. Nie jak w "Ultimate X-men", poprzez zwyczajne osadzenie akcji w naszych realiach, o nie- dla niego to by było zbyt prozaiczne. Grant pozbawił mutantów ich kolorowych kostiumów, powiadomił świat o istnieniu Szkoły Dla Niezwykle Uzdolnionej Młodzieży i otworzył jej podwoje dla wszystkich, którzy chcą się czegoś dowiedzieć o swych umiejętnościach czy zwyczajnie przebywać z takimi samymi jak oni. Grant wreszcie udowodnił, że słowo "mutacja" nie oznacza tylko i wyłącznie uzyskania fajnych mocy- co powiecie na spotkanie z gościem który ma trzy twarze ("i wszystkie wyglądają jak świńskie ryje"...), jego kumplem któremu widać szkielet i wnętrzności czy chłopcem z dłuuuugaśnymi rękami? Mutacja to także deformacja, bywa straszliwym przekleństwem...Teraz w szkole Xaviera jest pod dostatkiem takich osób.
    I co nie mniej ważne- Grant stworzył najbardziej przerażającego przeciwnika, z jakim X-men kiedykolwiek walczyli- tak, tak, znowu mowa o Cassandrze. Jest przebiegła, bezwzględna, potężna, potrafi przewidywać ruchy przeciwnika z zabójczą precyzją i przeciwdziałać im zanim staną się zagrożeniem, ma jasno sprecyzowane cele...ona nie robi czegoś dla chwili- wszystko ma swoje miejsce, swój czas. Przekonacie się zresztą sami gdy zapoznacie się z serią (założę się, że prędzej czy później jeden z wydawców wprowadzi ją na nasz rynek). I trzeba jej przyznać, że stała się dla mutantów prawdziwym Nemezis: nawet po odsunięciu zagrożenia z jej strony to, co uczyniła wywierać będzie jeszcze długo wpływ na życie wieeeelu ludzi.

Jej uporczywe starania zmierzające ku zamienieniu życia Charles'a w piekło budzą nie tylko respekt, ale i....strach. Pierwotny, zwierzęcy strach. Uwierzcie mi- jeszcze nigdy chyba nie było w komiksie (a na pewno nie w serii "X-men") postaci tak przesiąkniętej wolą zniszczenia: ona jest kwintesencją słowa "zagrożenie".
    Wątek tej postaci przeplatany jest innymi, w niepokojący sposób powiązanymi z wątkiem wspomnianej uroczej i emanującej ciepłem pani- poznamy organizację "U-Men", ludzi chcących oderwać się od zbrukanego i przesiąkniętego zgnilizną świata i pragnących ponad wszystko stać się mutantami...oczywiście zrobić to mogą jedynie poprzez transplantację najważniejszych organów od samych mutantów....Np., oczu, rąk, skrzydeł...a ponieważ reguły (powiedzmy to sobie wprost- nigdy) nie dzieje się to za zgodą samych obiektów badań, mamy więc drobny problem...

Poznamy też małą Angel, dziewczynę "obdarowaną" przez los skrzydłami i...kwasowymi wymiocinami (...słodkie). Urocze stworzenie sprawi jeszcze niejeden problem naszej dzielnej drużynie, a to ze względu na charakterek, skłonności do alkoholu (nie denerwując psychologów powiem tylko ze łatwo przyjmowała wzorce ze swego otoczenia...jak to ładnie zabrzmiało, prawda?) i papierosów a także do...seksu. Ale o tym później.
Powróci Phoenix, ale w znacznie subtelniejszej formie- subtelniejszej i groźniejszej, warto dodać. Ponownie wykorzystywać będzie ciało Jean Grey jako swego gospodarza obdarowując ją niezwykłymi, wciąż rosnącymi umiejętnościami.     Grant ma niezwykły wręcz talent do budzenia strachu u swoich czytelników poprzez umiejętne konstruowanie potencjalnych zagrożeń...
Wspaniałą niespodzianką jest numer 121, wydany w miesiącu "Nuff Said",gdy wszystkie komiksy Marvela pozbawione były choćby jednego słowa- jak sami się przekonacie po lekturze tego zeszytu Morrison nie potrzebuje tekstu by stworzyć niesamowitą historię. Ten akurat epizod poświęcony zostanie akcji podjętej przez Jean Grey i Emmę Frost (która nawiasem mówiąc dołączyła do zespołu ) a polegającej na ratowaniu umysłu Charlesa Xaviera uwięzionego w ciele Cassandry Novy (i znowu powraca nasza ulubiona Ciocia Klocia)...
    W numerze 122 rozpocznie się opowieść o ataku Gwardii Shi'ar na Ziemie...Zaczynając od szkoły Xaviera najpotężniejsze istoty Imperium dążyć będą do eksterminacji całego gatunku mutantów- całą akcją dowodzić będzie sama Lilandra podążając za namową swego ukochanego...Charlesa Xaviera przebywającego na "wakacjach" (ładne mi wakacje...jak ktoś chce jechać na wakacje to łapie autobus do Koziej Wólki, a nie do sąsiedniej galaktyki...). Ale to nie koniec kłopotów, gdyż epidemia przeziębienia, która zaatakowała szkołę okaże się czymś zupełnie innym niż się na początku wydawało.
    Numer 127 to solowy występ Xorna, mutanta który po raz pierwszy pojawił się w "New X-men Annual 2001" (który sam w sobie jest ciekawostką, gdyż wydany został w układzie poziomym- czyli odwrotnie niż 99% znanych nam tytułów) jako więzień rządu chińskiego i trzymany w odosobnieniu od najmłodszych lat. Xorn jest uzdrowicielem, a w jego głowie znajduje się mała gwiazda...- to nie ja to wymyśliłem, to Grant! W zeszycie poświęconym tej postaci Morrison pozwoli mu zająć się sprawą tajemniczego stworzenia z miasta mutantów. Dziwny to epizod, smutny, przygnębiający, wprawiający w melancholię...wnioski wysnute po jego przeczytaniu wcale nie napawają optymizmem.
    W numerze kolejnym pojawi się tajemniczy Fantomex, zabójca, szpieg, mutant o trudnych do sprecyzowania tak umiejętnościach jak i celach. Jest to zupełnie nowa postać, podobnie jak wcześniej Cassandra Nova wprowadzona przez Morrisona. Wątek tego osobnika będzie przewijał wciąż i wciąż aż do najnowszych numerów- i zapewniam, że mimo tak licznych jego występów tak naprawdę niewiele się o nim dowiemy. Jedno jest pewne- on, podobnie jak Logan, też należy do projektu "Weapon".
    Kolejne numery przyniosą ze sobą romans między Scottem Summersem a Emmą Frost (czego efektem będzie zbrodnia popełniona na terenie posiadłości Xaviera, a której ofiarą będzie znana nam już od baaaardzo dawna postać), kłopoty ze wspomnianą wcześniej przeze mnie Angel (kiedy "zdominuje"- znaczy się, poderwie- Beaka, chłopca o fizjognomii...ptaka. Co z tego wyniknie- warto się przekonać samemu), ostatni hołd złożony Magneto, przywódcy Genoshy który zginął kiedy miasto zostało zaatakowane przez Sentinele Cassandry Novy, bunt w szkole Xaviera (fenomenalna historia opowiadająca o dorastaniu pewnego młodego człowieka, jego dylematach, pragnieniach...i pomyłkach. Poruszająca, momentami budząca prawdziwe przerażenie, niezwykle smutna historia o śnie, który może być tylko szaloną mrzonką) i wreszcie atak na projekt "Weapon Plus"- Wolverine, Cyclops (odchorowujący straszliwego kaca) i Fantomex ruszają rozwiązać zagadkę przeszłości Logana...między innymi.


    Proza Morrisona to coś praktycznie niemożliwego do opisania- ale czego nie robi się dla wiernych czytelników, rozentuzjazmowanych fanek rzucających części garderoby pod moje nogi i intratnych kontraktów na okrągłe, siedmiocyfrowe sumki- warto dla tego wszystkiego podjąć się niemożliwego, a nuż się uda?
    Trudno jest oprzeć się emocjom, jakie Grant zawiera w pisanych przez siebie komisach. Mutanci nie sa jednowymiarowymi postaciami pozbawionymi głębi, każdy ma swoje słabości, lęki, potrzeby- nich przykładem będzie Cyclops ze swoim "kompleksem małżeńskim" czy jego ukochana małżonka: Jean Grey , etatowa pracoholiczka. Emma Frost w wersji Morrisona mimo iż wciąż jest, jak to podsumowała Jean, "straszną suką", to mimo wszystko wciąż jest człowiekiem który potrzebuje odrobiny ciepła, zaufania, towarzystwa...Xavier też nie jest już tym kim był. Wiele wydarzeń wpłynęło na te postać, a tragiczne wydarzenia "Buntu u Xaviera" także odcisnęły piętno na duszy tego człowieka i zmusiły- tak jego jak i nas- do refleksji na temat słuszności jego dotychczasowych poglądów. Wiem, wiem, już wielokrotnie stykaliśmy się z takimi zabiegami, ale Morrison...u niego zwyczajnie człowiek zastanawia się, jak to się skończy. Praktycznie wszystko może się zdarzyć. W jednym z poprzednich artykułów- wspominałem, że Mark Millar w "Ultimate X-men" nie patyczkuje się ze swoimi bohaterami i jeżeli chce kogoś usunąć, to zwyczajnie to robi.     Morrison działa jeszcze bezkompromisowy sposób.
Jego komiks porusza, zmusza do zastanowienia się nad pewnymi kwestiami- przeczytajcie wspomniany przez mnie numer poświęcony postaci Xorna a przekonacie się sami. Można jego twórczość porównać do pisarstwa Gartha Ennisa- przy czym twórca "New X-men" świetnie radzi sobie bez użycia przekleństw, a efekt jego pracy jest nie mniej druzgocący jak "Kaznodzieja".
    Morrison ponadto w absolutnie druzgocący sposób potrafi stopniować napięcie. Zaczynamy spokojnie, pojawia się zagrożenie i nagle...i nagle okazuje się że sytuacja jest jeszcze bardziej tragiczna niż sądziliśmy. Albo: już, już sytuacja jest opanowana, jesteśmy pewni że możemy już wypuścić powietrze z płuc (od wstrzymywania oddechu pozielenieliśmy na twarzy), a tu nagle traaach! I nici z szczęśliwego zakończenia, wszystko trafia grom z jasnego nieba. Nie ma lekko- Grant zaskakuje czytelnika na każdym kroku, a dzięki realistycznym dialogom i lekkości z jaką są napisane komiks zyskuje jeszcze kilka dodatkowych punktów in plus. Przypomina mi się tu jedna scena, gdy schwytana przez mutantów Cassandra odzyskuje świadomość w ich posiadłości- jeden kadr przedstawia ją samą z otwartymi szeroko oczami, następny to plan ogólny z budynkiem szkoły w którym jednocześnie wylatują wszystkie okna. Powalające, coś takiego zawsze chciałem zobaczyć w komiksie, i wreszcie doczekałem się...


    Pisarstwu Morrisona dzielnie wtóruje rysunek Quitely'ego. Jego wizna X-men jest bardzo odmienna od wszystkiego, z czym mieliśmy do czynienia. Koniec z przystojnymi jak Fabio (chociaż jaki tam z niego przystojniak...), pozbawionymi wad bohaterami- Cyclops ma pociągłą, nieco...końską twarz, Xavier jest szczęśliwym posiadaczem niejednej zmarszczki, Jean Grey mimo iż atrakcyjna to nie jest już taką "o mój Boże zrobię dla ciebie wszystko" laską, za to Emma...oh, Emma, wyjdź za mnie! Pląsająca w obcisłym i zasadniczo symbolicznym właściwie stroju (którego wygląd stał się później tematem wielu plotek, zaczynających się najczęściej od "stary, widziałeś jej...") jest najbardziej....atrakcyjną....dziewczyną...no dobra- jest maksymalnie gorącą laska! Uuuuu, poczekajcie aż ją zobaczycie!

    Quitely nie kontynuuje tradycji zapoczątkowanej w "X-men" przez Jima Lee i ostatnio kontynuowanej przez Mudureirę- koniec z typem "jestem idealny". Dzięki temu zabiegowi komiks jest bardziej realistyczny, łatwiejszy do przełknięcia, a i tak zachwyca naprawdę niesamowitą szata graficzną. Cudowne są te wszystkie zaokrąglenia materiału, fałdy na ubraniu, drobne smaczki w wyglądzie postaci...Także tła nie wypadają gorzej0 zaufajcie mi w tej kwestii: ten rysownik idealnie pasuje do ilustrowania komiksów tego scenarzysty.
    Ostatnio pałeczkę rysownika przejął Chris Bachalo- warto zobaczyć, co wyprawia z mutantami, ale - przynajmniej moim zdaniem- Quitely był zwyczajnie dużo, dużo lepszy.

    Może już czas na małe podsumowanie? "New X-men" to najlepsi mutanci, z jakimi miałem do czynienia- a czytałem ich przygód całkiem sporo, nie chwaląc się. To poruszający, głęboki komiks rzucający nowe światło na znane nam postacie, i kiedy piszę NOWE naprawdę mam na myśli coś świeżego. Jeszcze nigdy ten komiks nie był tak głęboki, tak bardzo zmuszający do myślenia, tak realistyczny i...życiowy. Dialogi Morrisona czasem bawią, czasem wprawiają w zadumę, czasem budzą strach...A czasem zwyczajnie same rysunki wystarczą, by ukazać grozę sytuacji, radość czy lęk.
    Jeśli macie taką możliwość, sięgnijcie po tę serię. Jeśli nie macie....czekajcie aż ktoś u nas wyda. Fun Media zamierzało, może ktoś się jeszcze zdecyduje? Wcale bym się nie zdziwił, bo ta seria ukazuje czym może być komiks.
Polecam wszystkim wielbicielom nie tylko komiksu, ale i wymagającej lektury.

Opublikowano:

Tagi

Marvel Ultimate Wolverine X-Men


Tagi

Marvel Ultimate Wolverine X-Men

Komentarze

-Jeszcze nie ma komentarzy-