reklama baner reklama

Nowe Teksty

Długa droga
Sus o "Coś wiecej, czegoś mniej" Szyłaka
Staruszek Parker
Panic o „Spider-Man: Władza”
Cudowne chwile miłości
Kamiński o "Nie musisz się mnie bać" Sfara
Bez dymu, bez ognia
Kleszcz o 4. tomie "Thunderbolts"
Zwyczajne życie superherosa
o 1. tomie Hawkeye'a

Zapowiedzi

Reklama baner Reklama

Nowe Plansze

Nowe Imprezy

Forum Alei Komiksu

Zapytaj Wydawcę

baner

Recenzja

Bez dymu, bez ognia

Tomasz Kleszcz recenzuje Thunderbolts #04: Bez litości
4/10
Bez dymu, bez ognia
4/10
W drużynie Rossa następuje drobna zmiana w składzie. Niestety, poza tym wydarzeniem w albumie nie dzieje się nic wystarczająco ciekawego, żeby jego lekturę można było uznać za czas dobrze spędzony.

Czwarty tom składa się z trzech zamkniętych historii. W pierwszej scenarzysta Charles Soule zabiera czytelników do samego piekła, gdzie drużyna ląduje za sprawą Ghost Ridera. Okazuje się, że Mefisto chwilowo stracił władzę w swojej domenie. Podopieczni generała, chcąc się stamtąd wydostać, będą musieli pokonać aktualnego zarządcę ognistych czeluści. W drugim opowiadaniu akcja skupia się na Venomie, który zadaje ekipie dość ciekawą misję do wykonania. W trzecim epizodzie Thunderbolts jadą do dżungli, gdzie znajduje się skryta przed ludzkim okiem kraina, do której można dostać się tylko przy pomocy... specjalnej mapy.

Każda z historii jest oczywiście rozbudowana o wiele wątków, w niektórych Soule stosuje nawet zwroty akcji. Niestety, emocje, jakie pozostawia lektura, są miałkie i wyblakłe. Historyjki są raczej przeciętne. Dialogi pozostawiają wiele do życzenia, wszystkie intencje postaci wykładane są na stół tak otwarcie, że nie ma miejsca na jakiekolwiek interpretacje. Wade nie potrafi rozbawić, Castle jest drętwy i całkowicie pozbawiony charakteru, podobnie jak Elektra. A nowy nabytek drużyny prezentuje się równie słabo i daleko mu do ciekawej i mrocznej postaci, z jaką powinien się kojarzyć części czytelników. Ghost Rider pojawia się sporadycznie, tym bardziej jego słaby występ kłuje w oczy.

Nad ilustracjami pracowało trzech rysowników, pochodzących z Meksyku, Hiszpanii oraz Filipin. Poziom ich umiejętności nie wykracza poza poprawne rzemiosło i można odnieść wrażenie, że serwowana nam seria stanowi poligon, na którym Marvel daje potrenować początkującym nabytkom. Nie ma w tym nic złego, tacy artyści też muszą gdzieś zaczynać, jednakże w przypadku szerokiej oferty komiksowej, jaka aktualnie jest dostępna i ograniczonej zasobności portfeli czytelników, serwowanie im akurat takich pozycji wydaje się nie do końca uzasadnione. W zasadzie poziom ilustracji pasuje dobrze to przedstawionych opowieści. Są co najwyżej poprawne, ciężko na czymkolwiek zatrzymać wzrok na dłużej. W scenach walk próżno szukać dynamiki, kadry z ciekawymi ujęciami można policzyć na palcach jednej ręki. Odpowiedzialny za kolory Israel Silva wcale nie poprawia sytuacji. Artysta stosuje jaskrawą paletę, przez co przygody teoretycznie groźnych morderców przypominają raczej spacer po niedzielnym odpuście.

Mocny tytuł albumu "Bez litości" brzmi jak marzenie. Niestety, Thunderbolts nie mają w sobie iskry, o płomieniu nie wspominając. Przeciętne pomysły scenarzysty oraz równie przeciętne ilustracje mogą zainteresować co najwyżej młodych i początkujących miłośników historii obrazkowych, którzy do tej pory nie zetknęli się ze zbyt wieloma tytułami. Trudno wskazać jakąkolwiek inną grupę czytelników, którzy mogliby znaleźć coś zajmującego w tej serii.
W poprzednim tomie dało się jeszcze odnaleźć składniki, które usprawiedliwiały istnienie tego tytułu. Ale to przeszłość, czwarta odsłona serii nie ma nic do zaoferowania.

Opublikowano:



Thunderbolts #04: Bez litości

Thunderbolts #04: Bez litości

JUŻ W SPRZEDAŻY
WASZA OCENA
Brak głosów...
TWOJA OCENA
Zagłosuj!

Galerie

Bez dymu, bez ognia Bez dymu, bez ognia Bez dymu, bez ognia

Komentarze

-Jeszcze nie ma komentarzy-