reklama baner reklama

Nowe Teksty

Imperium psuje się od głowy
recenzja "Karmazynowe Imperium II: Rada we krwi"
Przed burzą
Chmielewski o 25. tomie "Żywych trupów"
Witamy w Klubie 27
recenzja biografi Roberta Johnsona
Ultrasi
Kamiński o 1. zeszycie "Barras"
Starcie dwóch herosów
Kleszcz o 'Wojnie Domowej"

Zapowiedzi

Reklama baner Reklama

Nowe Plansze

Nowe Imprezy

Forum Alei Komiksu

Zapytaj Wydawcę

baner

Recenzja

Solidnie, ale bez szaleństw

Maciej Gierszewski recenzuje Outcast #01: Opętanie
6/10
Solidnie, ale bez szaleństw
6/10
Robert Kirkman, ojciec „Żywych trupów”, produkuje kolejny komiksowy (i nie tylko) hit. Chodzi o serię „Outcast: Opętanie”, przy której wspiera go rysownik Paul Azaceta. Oryginalnie rzecz ukazuje się w stajni Image Comics, pierwszy zeszyt trafił do sprzedaży w czerwcu 2014 roku. Na chwilę obecną seria liczy 23 zeszyty, ale wciąż jest w produkcji, kolejne trzy w zapowiedziach na przyszły rok. Całość zebrano w trzech zbiorczych tomach (czwarty w przygotowaniu). Zupełnie niedawno pierwszy z nich trafił na polskie półki księgarskie. Za krajową edycję odpowiedzialna jest oficyna Mucha Comics. Tytułem wstępu warto jeszcze dodać, że na podstawie komiksu stacja Cinemax nakręciła serial telewizyjny. Pierwszy sezon liczy sobie dziesięć odcinków, premierowy wyemitowano 3 czerwca bieżącego roku.

Głównym bohaterem opowieści jest Kyle Byrnes, młody i zagubiony mężczyzna, który jako dziecko nie miał lekko. Żył tylko z matką, która się nad nim znęcała fizycznie i psychicznie, ale niewłaściwe zachowanie rodzicielki było „skutkiem ubocznym” opętania. Zresztą nadal nie ma lekko, traumy z dzieciństwa rzutują na jego dorosłe życie. Po nieudanym małżeństwie (Kyle ma sądowny zakaz zbliżania się i kontaktowania z żoną oraz córką) powrócił do rodzinnego miasteczka. Zamieszkał w swoim dawnym domu, z którego prawie wcale nie wychodzi. Z nikim się nie widuje. Z nikim nie rozmawia. Nie ma żadnych przyjaciół. Introwertyk, odludek, gdyby nie Megan (przybrana siostra), pilnująca, aby od czasu do czasu zrobił zakupy i się przebrał, pewnie już dawno temu, by ze sobą skończył.

Wolta w życiu Kyle’a następuje podczas wyjazdu z Megan do supermarketu, gdy na parkingu spotka miejscowego księdza, który namawia go do wzięcia udziału w obrzędzie wypędzenia. Kyle podchodzi do sprawy niechętnie i ze sceptycyzmem, nie bardzo wierząc w Boga, demony i cały ten cyrk. Podczas incydentu z opętanym chłopcem wychodzi na jaw, że siły nieczyste lgną do protagonisty niczym muchy do miodu. Demon mówi bezpośrednio do niego: „Cięgle szukamy takich jak ty. Wypędzony. Jeden z wielu”. Bohater nagle odzyskuje wiarę w sobie, bo okazuje się, że ma smykałkę do skutecznych egzorcyzmów. Do dalszego działania motywuje go chęć poznania prawdy o sobie samym.

Na pierwszy album serii składa się sześć zeszytów. To całkiem sporo. Jednak nie można powiedzieć, że akcja gna do przodu. Właściwie po zakończeniu lektury czytelnik nie dostaje więcej odpowiedzi niż te, o których wspomniałem powyżej. Za to mnożą się dalsze pytania. Kirkman umiejętnie podsyca ciekawość, myli tropy, manipuluje wątkami: miesza teraźniejszość i przeszłość, próbując wskazać, że to, co spotka Kyle’a Byrnesa, nie jest przypadkowe. Jak na horror, w którym występuje ksiądz i „siły nieczyste”, samą opowieść wyraźnie pozbawiono elementów religijnych i jest ona niejako ateistyczna. A sam Byrnes jest „świeckim egzorcystą”, który wypędza demony nie wiarą w Boga, a pewnymi fizycznymi predyspozycjami. W historii elementy horroru mają niebagatelne znaczenie. Jednak równie ważne są wątki obyczajowe i osobiste zmagania bohaterów. Dużo mrocznej atmosfery i klimatu rodem z filmu „Egzorcysta” Williama Friedkina.

Oprawa graficzna jest dziełem Paula Azaceta. Rysownik o dość bogatym dorobku, jednak w naszym kraju znany jedynie z albumu „B.B.P.O.: 1946”. Artysta posługuje się kreską o mocnym, wyrazistym konturze, co nadaje rysunkom mięsisty charakter. Ilustracje są realistyczne, choć uproszczone, to uwidacznia się szczególnie w przedstawieniu postaci. Świetnie wychodzą mu otwarte plenery, gdy widać poskręcane pnie drzew i fragmenty budynków. Widać, że lubi bawić się perspektywą, co rusz zmienia „ujęcia kamery” i kąt patrzenia. Rzuca się w oczy także ilość nagromadzonych w kadrach onomatopei, komiks naładowany jest dźwiękami. Szkoda tylko, że nie zostały one spolszczone. Dobrą robotę wykonała także Elizabeth Breitweiser, kolorystka, która w tym roku nominowana była do nagrody Eisnera w kategorii „Best Coloring” za „The Fade Out”, „Criminal Magazine”, „Velvet” oraz właśnie „Outcast”.

W tomie pierwszym „Outcast: Opętanie” dostajemy solidnie zbudowaną historię, której jednak brakuje mocy zmuszającej czytelnika do natychmiastowego sięgnięcia po kolejną część. Nie jest to żadne komiksowe objawienie - z czystym sercem tak mogę napisać po lekturze jedynki. Jak będzie dalej, to się przekonamy. Komiks intryguje na tyle, że gdy tylko dwójka się ukaże, to po nią sięgnę. Jednakże nie będę wyczekiwał.

Opublikowano:



Outcast #01: Opętanie

Outcast #01: Opętanie

JUŻ W SPRZEDAŻY
WASZA OCENA
Brak głosów...
TWOJA OCENA
Zagłosuj!

Galerie

Solidnie, ale bez szaleństw Solidnie, ale bez szaleństw Solidnie, ale bez szaleństw

Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

AnonimowyGrzybiarz -

"Solidny" to jak najbardziej właściwe określenie w odniesieniu do tego komiksu:
http://mnichhistorii.blogspot.com/2017/01/outcast-opetanie-tom-1-otacza-go.html