reklama baner reklama

Nowe Teksty

Piękna, zimna i zabójcza
Kamiński o "Czarna Wdowa. Powrót do domu"
Zabawa kryształkami czasu
Gierszewski o 19. tomie "Armady"
Niewolnica w Indiach
Tymczyński o 3. tomie "Rani"
Graficzny granat, fabularny niewypał
Kamiński o "Lone Sloane" Druilleta

Zapowiedzi

Reklama baner Reklama

Nowe Plansze

Nowe Imprezy

Forum Alei Komiksu

Zapytaj Wydawcę

baner

Wywiad

Rosiński: Jako imigrant muszę być solidarny z potrzebującymi

Łukasz Chmielewski
Rozmowa z Grzegorzem Rosińskim, rysownikiem takich komiksów, jak: „Thorgal”, „Zemsta hrabiego Skarbka” i „Szninkiel”.

Łukasz Chmielewski: Jak to jest być najbardziej znanym polskim rysownikiem komiksów?

Grzegorz Rosiński: Nie wiem. Wracam do siebie i rysuję dalej. Nie zwracam uwagi na popularność. Choć oczywiście jest mi miło, kiedy słyszę takie słowa. Takie stwierdzenia jednak ani mi nie przeszkadzają, ani nie pomagają.

Grzegorz_Rosinski

Monumentalne dzieło, jakim jest „Monografia. Grzegorz Rosiński”, zaskoczy nawet największych fanów pańskiej twórczości, bo zdradza pan w niej wiele tajemnic ze swojego życia.

Chodzi o zdjęcie na kucyku? Mają je wszyscy z Wrocławia z mojego pokolenia. A poważnie: niczego nie ukrywam, bo niczego nie mam do ukrycia. Nigdy się nie zamykałem dla prasy. Jak ktoś chce czegoś się o mnie dowiedzieć, to moje drzwi są dla niego otwarte. Sam jestem gadułą i mam większe zaufanie do gadatliwych, bo tacy nie mają nic do ukrycia. Przecież zawsze się wygadają.

Być może to zdziwienie, że tyle mówię o sobie w książce, wynika z tego, że dziennikarze nie pytają, bo zakładają, że nie powiem? A ja nie mam problemu z odpowiadaniem na osobiste pytanie.

W monografii wspomina pan, że w Polsce cenzorom nie podobało się, że kapitan Żbik na okładce jest bez czapki, we Francji musiał pan przerysowywać scenę zabicia królika. Brzmi absurdalnie. Można porównywać cenzurę w kraju kapitalistycznym i socjalistycznym?

Kiedyś kazano mi narysować plac zamkowy w Warszawie z innej perspektywy, tak żeby król Zygmunt z kolumny nie trzymał krzyża. Przecież nie będę rysował go z pałą! Mnie jednak, na swój sposób podobały się przepychanki z cenzurą. Żbik jest przecież bez czapki, Zygmunt trzyma krzyż. Wygrywałem te starcia, ale nie miałem też żadnych przykrych reperkusji.

Jak przyjechałem pierwszy raz do Brukseli, to sutki na ulicznych plakatach były pozalepiane. A dla wydawcy w USA, które jest największym producentem pornoli na świecie, musiałem retuszować goliznę na planszach. Teraz robię to samo ze „Skargą utraconych ziem”. Tam jednak sytuacja jest zero-jedynkowa. Albo poprawiasz, albo nie wychodzi.

W pewnym sensie wszędzie jest cenzura. We Francji doświadczyłem cenzury religijnej, bo początkowo nie chciano wydać Szninkla. Długo trwały narady w wydawnictwie. Komiks miał być zbyt kontrowersyjny religijnie przez biblijne odwołanie i parafrazy.

Nie zapominajmy o takim zjawisku, jak autocenzura, która często sprowadza się do tego, że autor nie chce, nie może robić ze swoich komiksów rynsztoka. To my - autorzy tworzymy język.



W monografii można przeczytać uwagi scenarzysty Jeana Van Hamme’a do pańskich rysunków. Dziś to chyba nie do pomyślenia?

Nie lubię pochlebstw, bo nic mi nie dają. Czekam na uwagi, żebym miał materiał do zastanowienia, czy droga, którą idę, jest właściwa. Człowiek jest tak skonstruowany, żeby podobać się sobie. Łatwo wpaść w pułapkę. Dlatego trzeba spojrzenia z zewnątrz. Od razu jednak wiem, która uwaga jest złośliwa, a która jest rzeczową krytyką. Tych pierwszych nie czytam. Chcę wskazania, co jest nie tak, a nie marudzenia. Niech mi pokażą palcem błąd, to się nad nim zastanowię.

Czy kiedy trafił pan do Francji i Belgii byli tam inni rysownicy zza Żelaznej Kurtyny?

Nie, byłem jedyny. Wszyscy chcieli mnie zobaczyć. Dotknąć. Byłem jak lądowanie UFO z Marsa. Od razu wszyscy zostali moimi przyjaciółmi. Wprowadzałem w ich życie element egzotyki.

Podana w monografii stawka za planszę 5000 franków, w tym 1250 dla scenarzysty była rynkowa? Czy raczej dla rysownika z biednego kraju?

Franki belgijskie są jak włoskie liry. Na papierosy tylko starczają... Ale nigdy nie czułem jednak dyskryminacji z tego powodu, że byłem imigrantem. Chciałbym się za to na swój sposób odwdzięczyć. Dlatego tak ważna była dla mnie akcja na festiwalu komiksowym w Łodzi (w październiku 2015 roku – przyp. ŁCh), którą zorganizował mój syn. Na festiwalu zbierałem pieniądze dla PAH na pomoc dla syryjskich uchodźców. Za mój podpis brałem co łaska, za rysunek przynajmniej 20 złotych. I to chwyciło. To drobny gest solidarności z ludźmi, którzy potrzebują pomocy. Nie tyle finansowy, bo chodzi nawet o samą postawę, o podejście. Ze względu na moją biografią, czuję, że muszę się wyraźnie zadeklarować, po której jestem stronie. Mnie zawsze oceniano, po mojej pracy, a nie po pochodzeniu.

Uwielbiam historię i wiem, jaka była sytuacja w Niemczech po Weimarze. Widzę więc analogię z obecną sytuacją w Polsce. Z tym wytykaniem obcych. Polacy przez lata korzystali z pomocy w Europie, a teraz sami nie chcą pomóc. Jest mi wstyd z tego powodu. Co się stało z tradycyjną polską gościnnością?



Wydany w 2013 roku 34. tom Thorgala miał we Francji 200 tysięcy nakładu. To szóste miejsce na liście. Te wyniki to ścisła czołówka. Co o tym decyduje?

Nostalgia i nie zawsze trafne wyobrażenie współczesnych autorów na temat zainteresowań czytelniczych. W Thorgalu, na przykład, nie ma wulgaryzmów, a wielu twórcom chyba wydaje się dziś, że takie rzeczy zbliżają ludzi do komiksu, zacierając granicę między fikcją a rzeczywistością. Przekleństw oczywiście nie ma w komiksach dla dzieci, ale dla dorosłych już muszą być. A mnie zawsze chodziło o kulturalnego, świadomego czytelnika.

Serie poboczne też sobie dobrze radzą, choć ich nakłady stopniały: młodego Thorgala ze 140 do 90 tysięcy, a Kriss de Valnor z 200 do 85 tysięcy.

Jak na spin-offy to bardzo dobre wyniki.

A może to kwestia dobrej promocji?

To trochę mity, bo spotkania z czytelnikami, autografy itd. nie zawsze przekładają się na sprzedaż w skali globalnej. Oczywiście początkujący twórcy chętnie robią takie rzeczy za darmo, w ten sposób budują swoją rozpoznawalność oraz relacje z fanami. Młodym się wydaje, że kolejka do podpisywania to sława. Ale już na przykład część kolegów z mojego pokolenia nie chce nawet jeździć na festiwale, nie chcą też dawać autografów i rysować, bo te rzeczy od razu później trafiają na aukcje.

Van Hamme kiedyś wyliczył dokładnie, że w sumie sprzedaż komiksów nie jest większa w przypadku podpisywania i wrysowywania. Do tego dochodzi dewaluacja prac. To specyficzny rynek. Picasso, na przykład nie chciał podpisać czeku w knajpie, mówiąc, że przecież nie chce kupić restauracji.

Z drugiej strony, zdarza mi się zostawić rysunek na serwetce w restauracji, jak dobrze zjem. A po miesiącu czy dwóch wszystkie serwetki w tej knajpie mają nadrukowany ten rysunek i jest to wielkie wydarzenie.

Przez 30 lat ukazywania się sam Thorgal bardzo zmienił się. Założeniem serii było, że będzie bez religii. A jest islam i chrześcijaństwo.

Takie tematy generalnie mnie nie interesują. Mnie interesuje orientalizm. Malarstwo światła XIX wieku. Te żółcie w opozycji do niebieskości. Przepiękna gra światła z cieniem. Nikt tak nie malował światłem jak orientaliści.

Jest też trochę golizny.

Bo musi być. Gdyby jej nie było, nie wiedzielibyśmy co to znaczy człowiek ubrany.



W pańskiej karierze są dwa punkty zwrotne. Pierwszy to posada dyrektora artystycznego magazynu komiksowego „Relax”. Drugi to oczywiście wyjazd do Belgii – zostawił pan wówczas rysowanie komiksów na podstawie prozy Ericha von Deanikena dla Niemców na rzecz Thorgala. Dwa razy postawił pan na właściwego konia.

To nie jest takie proste. „Relax” nie był moim pomysłem, ale byłem wówczas jedynym facetem, który się na tym w Polsce znał. Dla mnie to był powrót do mojej pasji jeszcze sprzed liceum, do tego, co próbowano ze mnie wyrugować na uczelni, która uczyła niefiguratywnej sztuki. Jako ilustrator miałem pozycję, robiłem ciekawe rzeczy, ale pierwszy Żbik pokazał mi, że nie umiem rysować. A ta trudność mnie pociągała.

Decyzja o emigracji była trudna?

Chciałem żartobliwie podziękować panu generałowi za stan wojenny i zamknięcie poczty, z której wówczas wysyłałem plansze do wydawcy. Nawet telefonu nie można było wykonać. Nigdy nie planowałem wyjechać z Polski. A tu nagle w 10 minut zapadła decyzja, że muszę fizycznie dostarczyć plansze. Więc zdecydowałem, że jadę.

Wróci pan do Polski?

A po co? To jest inny kraj, niż ja pamiętam. Centrum Warszawy wygląda jak Nowy Jork. Polska zrobiła ogromny postęp w tak krótkim czasie. Jestem dumny, że wszystkie moje wnuczki mówią jednak po Polsku.

Widzi pan w polskim komiksie swojego następcę?

Teraz dla Marvela rysuje Piotrek Kowalski, który jest bardzo pracowity. Ma szansę.

Jednak dopóki nie zacznie się robić komiksu na poważnie, to trudno mówić o polskim komiksie. Krótka forma to nie komiks. Są wprawdzie jakieś komiksy historyczne, ale to propaganda. Rysunek jest po to, żeby jak najskuteczniej przekazać treść. A nie przerost formy nad treścią. Brakuje też serii komiksowej z bohaterem. Przynajmniej kilkanaście albumów. Na przykład o synu kapitana Żbika, ale na poważnie, a nie wyśmiewając, że ojciec milicjant itd., Bez bohatera nie ma komiksu. Brakuje też naukowej debaty nad komiksem.

Komiks to sztuka komunikowania się, gdzie łączy się komunikację literacką z wizualną. Kiedy to jest skuteczne, to jest dobre. A w Polsce wydaje mi się, że robi się albo underground, albo satyrę, albo jakieś niesłychanie artystyczne działania. Jestem oczywiście za przepływem idei, łączeniem mediów, eksperymentami, ale żeby to miało sens, to najpierw musi być baza, czyli komiks. A tego w Polsce nie ma.


Rozmawiał Łukasz Chmielewski.


Wywiad przeprowadzono w Warszawie, 5. października 2015 roku. Zdjęcie: Łukasz Chmielewski.

Opublikowano:



Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

loch7 -

Czyli na Żbiki Rosińskiego nie ma co liczyć?