"Wyjście z getta. Rozmowy o kulturze komiksowej w Polsce" i powstałej ..."> Sebastian Frąckiewicz: Żeby (nie) było (tylko) ładnie - Aleja Komiksu
reklama baner reklama

Nowe Teksty

Jak bardzo cenisz swoje życie?
Kleszcz o 1. tomie "Zabij albo zgiń"
Czerwony kryminał
Zimiński o 5. tomie "Skalpu"
Prawie jak Spider-Man
Tymczyński o 3. tomie "Deadpool Classic"
Komiksy na święta #2017
Chmielewski o wymarzonych reedycjach

Zapowiedzi

Nowe Plansze

Nowe Imprezy

Forum Alei Komiksu

Zapytaj Wydawcę

baner

Wywiad

Sebastian Frąckiewicz: Żeby (nie) było (tylko) ładnie

Łukasz Chmielewski
Rozmowa ze Sebastianem Frąckiewiczem, dziennikarzem kulturalnym i krytykiem komiksowym, autorek książek "Wyjście z getta. Rozmowy o kulturze komiksowej w Polsce" i powstałej dzięki stypendium MKiDN "Żeby było ładnie. Rozmowy o boomie i kryzysie street artu w Polsce".

Aleja Komiksu: „Żeby było ładnie. Rozmowy o boomie i kryzysie street artu w Polsce” to ponad 350 stron wywiadów. Spisywanie nagrań musiało zająć wieczność...

Sebastian Frąckiewicz: Trochę faktycznie zajęło. Spisywanie, redagowanie, autoryzacje, nanoszenie korekt to ta mniej przyjemna część pracy nad książką. Przeprowadzanie rozmów jest o niebo przyjemniejsze rzecz jasna. Ale po „Wyjściu z getta” miałem dobry trening. W przypadku książki z wywiadami tak naprawdę ważna jest systematyczność pracy i dobra logistyka. Tym bardziej, że pracowałem nad książką w ramach stypendium MKiDN, więc musiałem zdążyć ze wszystkim w terminie.

Sebastian_Frackiewicz
Sebastian Frąckiewicz kreską Dennisa Wojdy


Komiks chciałeś wyprowadzić z getta do galerii. Czego oczekujesz po street arcie? Ma sprawiać, żeby było ładnie?

Nie musiałem wprowadzać komiksu do galerii, bo gdy pisałem „Wyjście z getta” on już dawno tam był – we Francji czy USA, a w Polsce ten proces powoli następował. I jak widać po liczbie wystaw komiksowych w ostatnich latach tendencja rośnie. Postulowałem po prostu, żeby polski świat komiksu nawiązał bliższe relacje z polskim artworldem, bo moim zdaniem obydwa światy mają sobie wiele do zaoferowania. A od street artu nie oczekuję niczego poza tym, żeby nie zawsze jego celem była jedynie estetyzacja. W Polsce niestety wygląda to tak, że w street arcie dominuje jego legalna odmiana, w postaci najbardziej spektakularnej formy, jaką jest właśnie wielkoformatowy mural mający bawić, cieszyć i radować wszystkich dookoła. Tytuł książki jest rzecz jasna ironiczny.

Obserwowane w ostatnich latach zainteresowanie street artem, głównie muralem, ze strony różnych instytucji i reklamy rozpatrujesz w kategoriach sukcesu czy raczej kryzysu?

Mural od samego początki był narzędziem propagandy i reklamy. Możesz zrobić reklamowy mural, który będzie bardzo ciekawy plastycznie i nowoczesny – mam na myśli np. PRL-owskie murale znane chociażby z Łodzi czy Koszalina, a możesz przemalować na ścianie fotorealistyczny key visual z billboardu, co wygląda dość okropnie i kiczowato. Murali reklamowych, szczególnie teraz po wprowadzaniu ustawy krajobrazowej będzie coraz więcej. Nie spodziewam się, żeby były takiej jakości jak te z PRL-u.

Żeby było ładnie

Którą książkę było trudniej napisać? Pierwszą?

Drugą. Wiem o street arcie dużo mniej niż o komiksie, zatem o wiele większą pracę musiałem włożyć w research do każdego wywiadu, nadrobić trochę lektur itp. Pisałem ją też z innej perspektywy. „Wyjście z getta” to perspektywa krytyka, „Żeby było ładnie” raczej dziennikarza. Co wyszło tej publikacji na dobre, bo jest mniej hermetyczna od pierwszej.

Zgodziłbyś się z tezą, że street art kojarzy się obecnie w Polsce z muralem, a inne formy ulicznej ekspresji jak wlepki czy skrecze zostały zepchnięte na margines i nie są powszechnie znane - jeśli już to bardziej jako akty wandalizmu niż sztuka?

Zgadam się. U nas powszechnie utożsamia się mural ze street artem. Vlepeki trochę odżyły, odżył też szablon. Tylko media tego nie zauważają.

Po komiks chętnie sięgają instytucje państwowe jak IPN czy MPW, dobrze radzi sobie też w reklamie. Podobną tendencję można obserwować w przypadku murali. Co składnia decydentów do takiego ruchu?

Tak, jest cała lawina rocznicowych murali, paskudnie zaprojektowanych, namalowanych „drewnianą” ręką. Powód jest prosty – mural jest efektowny i kolorowy. A Polacy nie znoszą harmonii, subtelności czy po prostu wolnej przestrzeni. Jak „się dzieje” i jest kolorowo, to jest dobrze.

Jak mocno do street artu jest przyszyta łatka wandalizmu w Polsce? Artyści uliczni też muszą tłumaczyć się z tego za każdym razem jak twórcy komiksów, przekonując, że nie tylko dla dzieci?

Wydaje mi się, że łatka wandalizmu raczej przylepiona jest do graffiti, a nie do street artu. Media stawiają taką opozycję graffiti – zły, dziki, street art – dobry, oswojony. Co jest oczywistą bzdurą, bo street art z graffiti wyrasta.

Można mówić o podobnej drodze komiksu i murali w Polsce w ostatnich latach? Czy takie paralele są uzasadnione?

Nie wiem, o jakie podobieństwa pytasz, na jakich płaszczyznach. Widzę jednak więcej różnic. Ludzie malujący murale nie tworzą tak zwartego środowiska jak komiksiarze, polski street art działa na o wiele większą skalę na świecie niż polski komiks, kompletnie różny jest proces tworzenia pracy itp. Niektórzy artyści, raczej spoza Polski korzystają oczywiście z estetyki komiksowej, przede wszystkim z estetyki amerykańskiego mainstreamu, odwołują się do supeherosów itp.

Pytam o dość instrumentalne traktowanie komiksu i street artu przez zleceniodawców, a także o recepcję społeczną i podejście krytyków. Komiks musi u obu tych grup walczyć z silnymi, szufladkującymi czy wręcz negatywnymi etykietami. Street art chyba też? Pytam też o funkcjonowanie twórców w świecie sztuki – wydaje mi się, że artyści i kuratorzy przychylniejszym okiem spojrzą na prace Zbioka czy Sepe niż na Śledzia czy KRL-a?

Instrumentalizacja jest podobna, natomiast komiks jest o wiele częściej i o wiele bardziej regularnie opisywany przez dziennikarzy kulturalnych i krytyków niż street art. Tak naprawdę nie ma czegoś takiego jak bieżąca krytyka street artu w mediach głównego nurtu. Ona się odbywa, ale na takich portalach jak sosm.pl.

Wiele komiksów wydawanych „z jakiejś okazji” jest robiona przez amatorów i straszy nie tylko warsztatem, ale i estetycznie. Jak to wygląda w przypadku murali: powstańczych czy reklamowych?

Tak jak wspomniałem wyżej, wygląda to źle. I tu akurat podobieństwa występują.

Tajemnicą poliszynela jest, że na komiksie w Polsce można zarobić tylko dzięki konkursom i instytucjonalnym zleceniom. A jak zarabia się na street arcie? W Polsce jeszcze chyba nie skuwa się ścian, jak to miejsce z twórczością Banksy’ego?


Nie i raczej bardzo długo to nie nastąpi. Wątek finansowy w książce jest wyraźnie pociągnięty. Za autorski mural na światowym festiwalu nie dostaniesz nic poza kasą na podróż i noclegiem, albo maksymalnie 1000 euro – takie dane mam od M-City, który na niejednym festiwalu był. Kasę zarabiasz na komercyjnych fuchach. Ale dla muralistów duża praca na ścianie to jednocześnie duża autoreklama. Możesz na niej nic nie zarobić, ale jeśli ludziom się spodoba, to sprzedasz swoje obrazy lub limitowane printy – o ile sprzedajesz swoje prace w galeriach sztuki w UK, Niemczech czy we Włoszech, bo u nas, jak wiadomo, rynek sztuki jest płyciutki.

Wydałeś książkę o komiksie i zrobiłeś wystawę komiksową. Teraz ukazała się twoja książka o street arcie. Kiedy, prawem serii, można spodziewać się twojej wystawy street artu?


Tak naprawdę trudno mówić, o czymś takim jak wystawa street artu. Możesz pokazać prace artystów zajmujących się street artem, którzy zrobili coś z myślą o galerii, albo np. pokazać dokumentację z ulicy. Nie znam się na street arcie na tyle, żeby zajmować się na tym polu wystawiennictwem. Są od tego znawcy z dużym dorobkiem jak Brain Damage Gallery, Vlepvnet itd. W ostatnim czasie miałem zawodowo za dużo zajęć: pisałem książkę, zrobiłem wystawę, pisałem do „Polityki”, a do tego normalnie chodziłem do pracy. Teraz sobie odpocznę po prostu. Rytm publikacji książki raz na 2 – 3 lata jest moim zdaniem najlepszy. I raczej na książkach będę chciał się skupić.

Mam wrażenie, że mural stał się obok komiksu takim fajnym i młodzieżowym działaniem, po które sięgają urzędy, jak mają zrobić coś nieszablonowego. Jest tak faktycznie?

Tak faktycznie jest. Jak nie wiadomo, co zrobić, to zróbmy mural – tak często to działa. Tym bardziej, że jego proces powstawania jest o wiele szybszy niż proces tworzenia komiksu.
A w każdy mieście znajdzie się jakaś pusta ściana, prawda?

Street art to przynajmniej częściowo nielegalna aktywność w przestrzeni miejskiej. Na ile to środowisko jest hermetyczne i niezainteresowane wychodzeniem poza własne getto?

Ależ street art powstał właśnie po to, żeby wyjść z getta graffiti. Przestać mówić jedynie do własnego środowiska, tylko do szerszej publiczności. Moi rozmówcy twierdzili, że nie ma czegoś takiego jak środowisko street artowe, w przeciwieństwie do środowiska graffiti. To raczej zbiór indywidualistów, którzy spotykają się na festiwalach, jamach czy przy wspólnych projektach. A jeśli już mamy mówić o środowisku, to raczej na taką międzynarodową skalę niż tylko polską. Street art, czy raczej muralizm to bardzo międzynarodowe, zglobalizowane zjawisko, gdzie malowanie, podróżowanie i poznawanie się artystów jest ze sobą ściśle powiązane.


Rozmawiał Łukasz Chmielewski.




Opublikowano:



Komentarze

-Jeszcze nie ma komentarzy-