reklama baner reklama
baner

Recenzja

Bogowie bywają zmęczeni (Thorgal #32: Bitwa o Asgard)

Maciej Pałka recenzuje Thorgal #32: Bitwa o Asgard
4/10
Bogowie bywają zmęczeni (Thorgal #32: Bitwa o Asgard)
4/10
Grzegorz Rosiński jest bohaterem narodowym prawie na miarę Fryderyka Szopena. Od lat przykład jego kariery jest wzorem dla bodaj każdego młodego polskiego rysownika historyjek obrazkowych. Komiksy naszego rodaka są obecne w polskiej kulturze od końca lat 60. XX wieku, gdy zaczął rysować przygody Kapitana Żbika. Przez gierkowską dekadę autor przemknął przebojowo – kilkunastoma zeszytami serii o Żbiku, pilocie śmigłowca i o legendarnej historii Polski. Był również czarnym koniem magazynu Relax, gdzie w 1978 roku zadebiutował Thorgal – komiks, który Rosińskiemu miał wkrótce przynieść międzynarodową sławę, a u nas status autora kultowego.

W skutek zawirowań historycznych polski czytelnik poznawał przygody dzielnego „Wikinga z gwiazd” trzema zrywami, między którymi następowała kilkuletnia cisza. O ile „Zdradzoną czarodziejkę” można było przeczytać tuż po premierze w magazynie „TinTin”, o tyle kolejne albumy ukazały się dopiero pod koniec lat 80. XX wieku. Ekspresowo nadrobiliśmy zaległości w postaci kilkunastu albumów wydanych kolejno przez KAW, Orbitę, Koronę i Egmont. W samym 1990 roku było to 9 albumów! Nikt zapewne nie przypuszczał, że na kolejny powrót naszego bohatera będzie trzeba czekać dość długo, gdyż nastąpi on za sprawą wydawnictwa Egmont dopiero z końcem XX wieku. Od roku 1999 nowe odcinki ukazują się w Polsce sukcesywnie z wydaniami oryginalnymi. Osiągnęliśmy normalność - jednakże pewnym kosztem. Podczas wydawniczych flaut dorastały kolejne pokolenia wychowane na Thorgalu. Doprowadziło to w efekcie do mitologizacji serii, jak również umiejętności samego Rosińskiego jako grafika.

Gdy już skolekcjonujemy całą serię elegancko wydanych albumów (w twardej oprawie), warto jeszcze raz z uwagą zagłębić się w lekturze. Tym razem również po to, aby unaocznić sobie, jaką drogę przeszedł styl rysunków Grzegorza Rosińskiego, i jak ta ewolucja została przez polskich czytelników zarejestrowana. Lata 80. XX wieku były dla rysownika dekadą wzmożonej pracy. Co kilka miesięcy pojawiały się nowe odcinki Thorgala przeplatane kolejnymi tomami Yansa. Dodając do listy epicką historię Sznikiela, okazuje się, że był to wysiłek wręcz tytaniczny. Zaowocował niesamowitymi postępami i dopracowaniem niepowtarzalnej kreski. Tak więc, gdy polski czytelnik otrzymał „Rosińskiego w końskiej dawce”, załapał się tym samym na jego artystyczne apogeum. Przy okazji, były to szczyty jakości samego Thorgala jako serii.

Poziom zaprezentowany w albumach (kolejno): „Aaricia”, „Władca gór” i „Wilczyca” to punkt, do którego Rosiński dążył zapewne od postawienia pierwszej kreski w „Zdradzonej czarodziejce”. Kulminacja samodoskonalenia, za którą nie było już kolejnych wyzwań. W okolicach 16 albumu osiągnięto wszystko. Łatwo zauważyć, że był to dotychczasowy półmetek, bo od tamtej pory ukazało się 16 kolejnych części. Czego jednak nie zauważa większość czytelników, od czasów „Wilczycy” niedawno minęło 20 lat! Czyli ilościowo, owszem był to półmetek, ale patrząc na czas pracy autorów, była to „zaledwie” jedna trzecia. Warto sobie więc uświadomić, że od 20 lat Grzegorz Rosiński już nie rysuje w stylu, który przez wielbicieli Thorgala jest równoznaczny z ideałem. Nie znaczy to jednak, że teraz rysunek się pogorszył. On stał się inny.

Powtarzające się zarzuty, że seria znudziła się rysownikowi, są zapewne słuszne. Rosiński sam to zresztą potwierdza, biorąc się „dla odpoczynku” kolejno za „Skargę utraconych ziem”, „Western” i „Zemstę hrabiego Skarbka”. Po ostatnim z wymienionych nastąpiła zapowiadana jako największa rewolucja w stylu – kolejne albumy Thorgala miały być malowane wzorem Skarbka. Po czterech albumach stworzonych w nowej technice, widać jednak, że to tylko pozory. Malarskiej technice bliżej do stylu, jakim Rosiński narysował „Western”. W najnowszej części zatytułowanej „Bitwa o Asgard” w wielu kadrach charakterystyczna kreska bierze prymat nad plamami koloru. Skoro więc Thorgal obecnie nie jest całkowicie malowany, lecz raczej malarsko kolorowany, nie wykluczone że może jeszcze kiedyś znowu zobaczymy artystę powracającego do stalówek i tuszu jako głównych narzędzi.

O ile eksperymenty rysunkowe Grzegorza Rosińskiego mimo wielu fanowskich kontrowersji są całkowicie uzasadnione i usprawiedliwione, o tyle scenariusze są nagminnie oceniane coraz gorzej. Największą wadą „Thorgala”, od czasu gdy obowiązki scenarzysty przejął Yves Sente, jest przeniesienie uwagi czytelników na syna Thorgala. Nie to jest jednak najgorsze. Postać Jolana jest napisana wyjątkowo nieciekawie. Nieznośnie nieskazitelny bohater aż prosi się o jakąś rysę lub ułomność. Gdy w ostatnim albumie, kiedy podczas wykonywania swojej misji zleconej przez Manthora Jolan bez najmniejszego wysiłku „podbija Asgard”, do ostatniej chwili miałem nadzieję na nieoczekiwany zwrot akcji. Nie można uciec od porównań. Za każdym razem gdy Thorgal zapuszczał się w domenę bogów, nigdy nie kończyło się to dla niego dobrze. Happy End zawsze krył w sobie szyderstwo przewrotnych istot, które bez najmniejszego wysiłku mogły zniszczyć bohatera. Thorgal niezależnie od tego czy postępował właściwie, czy tylko biernie dawał się nieść wydarzeniom – zawsze popełniał błąd, którego tragiczne skutki później go dopadały. Na tym tle Jolan jest dzieckiem szczęścia (w dodatku z supermocami), który otrzymuje od przeciwników fory. Na domiar złego, przeszkody, którym stawia czoła młody bohater, okazują się zazwyczaj banalne, zaś wrogowie osłabieni zarówno na ciele jak i umyśle. Na tle sprytu Jolana bogowie jawią się jako banda przygłupich warchołów pozbawionych nawet wspomnianej wyżej bezmyślnej furii. Dla przykładu, złowrogi Loki w konfrontacji z krasnoludkiem-odźwiernym ogranicza się do podpalenia mu koszuli. W czasach, gdy historie o Thorgalu pisał Jean Van Hamme, skończyłoby się co najmniej na poparzeniach trzeciego stopnia.

Na historyjkę Yvesa Sente lepiej miłosiernie spuścić zasłonę milczenia. Na zasadzie sentymentu da się przebrnąć tylko przez trzynaście stron, których bohaterem jest Thorgal, gdyż jest to być może wstęp do kolejnego rozdziału w życiu dzielnego Wikinga. Osobiście zaś życzę sobie, aby harcerzyk Jolan (będący bohaterem reszty albumu) dostał już w końcu swoją serię odpryskową i swoją drażniącą osóbką nie psuł dłużej legendy.


Opublikowano:



Thorgal #32: Bitwa o Asgard

Thorgal #32: Bitwa o Asgard

Scenariusz: Yves Sente
Rysunki: Grzegorz Rosiński
Okładka: Grzegorz Rosiński
Wydanie: I
Data wydania: Listopad 2010
Seria: Thorgal
Tytuł oryginału: La Bataille d'Asgard
Rok wydania oryginału: 2010
Wydawca oryginału: Lombard
Tłumaczenie: Wojciech Birek
Druk: kolor, kreda
Oprawa: twarda
Format: 21x29 cm
Stron: 48
Cena: 29,99 zł
Wydawnictwo: Egmont
ISBN: 978-83-237-4627-0
WASZA OCENA
8.00
Średnia z 1 głosów
TWOJA OCENA
8 /10
Zagłosuj!

Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

hds3 -

Bardzo trafna analiza fenomenu Thorgala oraz celna recenzja ostatniego tomu.
Podpisuję się pod nią wszystkimi, czterema kopytami.

Rork -

Nic dodać nic ująć. 100% prawda!