reklama baner reklama

Nowe Teksty

Wyrzuty sumienia Franka C.
Kleszcz o "Bloodshot: Odrodzenie #01: Kolorado"
Generyczność frankofona
Tymczyński o "Lady S #08: Racja stanu"
Okładka miesiąca: luty 2019
Chmielewski wybiera okładkę miesiąca
Dokąd zmierzamy, panie Vaughan?
Sus o 3. i 4. tomie "Paper Girls"
Cierpień (nie)młodej Gert ciąg dalszy
Wronka o "Nienawidzę Baśniowa #02: Fujowy żywot"

Zapowiedzi

Nowe Plansze

Nowe Imprezy

Forum Alei Komiksu

baner

Recenzja

Lucky Luke: Sędzia, Na podbój Oklahomy, Ucieczka Daltonów

Maciej Kur recenzuje Lucky Luke: Sędzia, Na podbój Oklahomy, Ucieczka Daltonów
Zacznę krytycznie – strasznie mały format. Ten sam problem miałem nie tylko z wcześniejszym wydaniem „Lucky Luke’a”, ale i ze zbiorowymi wydaniami „TinTina”. Nie jest to co prawda coś, do czego się nie można po kilku stronach przyzwyczaić, ale jednak kreska Morrisa zasługuje na to, by być ukazaną w takim formacie, jaki autor komiksu pierwotnie zakładał (zwłaszcza, że czasami trzeba nieco wytężyć oko, by dojrzeć co poniektóre detale). Skoro już się czepiam detali technicznych – wspomnieć należy, że nie są to wcale wyłącznie „Niepublikowane do tej pory w Polsce przygody Lucky Luke” (jak informuje nas tylna okładka). Część historii ujrzała już w naszym kraju światło dzienne w ramach pisma „Na przełaj”.

Odkładając na bok te wyrzuty i przechodząc do treści – każda z historii prezentuje się świetnie! Zamieszczone w tomie fabuły są na tyle odmienne, że czynią tomik wyjątkowo urozmaiconym.

„Sędzia” jest pierwszą historią Gościnnego, opiewającą spotkanie Lucky Luke'a z prawdziwą historyczną „legendą” dzikiego zachodu. W tym przypadku jest to Roy Bean – wymierzający prawo według własnego widzi-mi-się sędzia pokoju... i co tu wiele mówić, straszliwy warchoł, urządzający procesy we własnym salonie... Rzecz jasna przy okazji „procesów” Roy Bean nieźle zarabia na biletach wstępu, a także zakładach co do ostatecznego wyroku. Lucky Luke pada ofiarą pokrętnej „sprawiedliwości” sędziego, co gorsza, niebawem zjawia się kolejny sędzia-właściciel salonu, postanawiający zrobić Royowi konkurencję. Samotny cowboy postanawia wykorzystać spór między dwójką, aby dać obu należytą nauczkę.

Mam mieszane uczucia. Z jednej strony „Sędzia” zawiera najwięcej typowego dla przygód samotnego cowboya „wisielczego humoru” (jak nie żarty o stryczku i o grabarzach, to o pijaństwie i skorumpowanych procesach), z drugiej zaś fabuła nie prezentuje się tak dobrze jak w dwóch kolejnych opowieściach. Przebieg akcji pozbawiony jest odpowiedniego „kopa”, przez co czuć braki w dynamizmie historii. Wszystko się wlecze, a postać tytułowego sędziego, pomimo kilku ekscentryczności, nie prezentuje się jakoś specjalnie barwnie, przez co miejscami bardziej nudzi, niż bawi.

Drugiej historii „Na podbój Oklahomy” nie można odmówić dynamiki. Opowieść koncentruje się na świeżo odkupionym od Indian stanie. Nowi osadnicy już zacierają ręce na pokaźniejsze działki, ci sprytniejsi i chciwsi kombinują jak wykorzystać sytuacj