reklama baner reklama
baner

Recenzja

X-Men Geneza: Wolverine

Piotr Truszkowski recenzuje X-Men Geneza: Wolverine
Who da Fu*k is Hugh Jackman?
XMENorigins1Dawno temu (bo przecież jak ten czas zleciał), na przełomie wieków Marvel poinformował, że nosi się z zamiarem przeniesienia na ekran przygód ekipy X-Men, wywołało to mieszane uczucia wśród fanów. Czemu nie Spider-Man, któremu postępująca niepochamowanie technika komputerowa pozwoliła by powrócić (nie zapominajcie o filmie z 1977r.) na ekrany w wielkim stylu?

Jak zwykle w przypadku rozpoczęcia prac nad filmem, pojawia się cała gama wątpliwości i spekulacji na temat fabuły, obsady i całej reszty tym podobnych spraw. Reżyserem projektu został mianowany Bryan Singer, który ma na koncie jeden z najważniejszych filmów lat 90. - 'Podejrzani'. Obsadzie filmu również towarzyszyły kontrowersje. O ile Patrick Stewart świetnie nadawał się do roli profesora Charlesa Xaviera (w końcu sam Alex Ross wspomniał, że inspirował się postacią Jean-Luca Picarda podczas rysowania swoich X-Menów), Iana McKellana można było wyobrazić sobie w kostiumie Magneto, a posiwiała całkowicie Halle Berry to Storm jak się patrzy, to wątpliwości dotyczyły odtwórców ról Cyclopsa (James Marsden) oraz Wolverine'a (Hugh Jackman). Zaskoczenie w tym wypadku mieszało się z ciekawością co do powodzenia misji. Dodatkowe napięcie potęgowane było przez rzesze fanów obrazkowych historii spod znaku 'X-Men'. Wśród kandydatów do roli Wolverine'a byli m.in. Mel Gibson, Keanu Reeves, Russel Crowe i Edward Norton, czyli bezsprzecznie Hollywódzka czołówka. Co do zaoferowania w tym względzie miał nieznany szerzej Jackman? Do tej pory znany najbardziej z ról teatralnych, musicalowych i to na dodatek tylko w Australii.
Przystosowany (w miarę możliwości oczywiście) wizerunkowo do roli Wolverine'a Hugh kreując ją pokazał swój aktorski kunszt, zaskakując wszystkich oponentów świetnym warsztatem. Dziś z całą pewnością możemy powiedzieć, że żaden z odtwórców ról w filmowych adaptacjach komiksu nie zawdzięcza tej roli tyle, co Jackman. Dobrym posunięciem reżysera było osadzenie przygód mutanów w realnym świecie i, co tu dużo mówić, pozbawienie ich krzykliwych strojów. 'X-Meni' odnieśli sukces kasowy, naturalną sprawą było więc to, że doczekamy się sequela. Na reżyserskim krzesełku po raz kolejny Singer, ekipa aktorska bez zmian, także wszystko na swoim miejscu. Po kiepskim przyjęciu 'Daredevila' Marvel potrzebował szybkiego sukcesu, który stanowić będzie swego rodzaju zatarcie złego wrażenia po filmie o ślepym mścicielu. Singerowi udało się to zrobić. Obydwa jego filmy w świetny sposób pokazują relacje zachodzące między Wolverinem a Cyclopsem i uczucie Logana do Jean Grey.

Dostajemy Wolverine'a takiego, jakiego wielu z nas sobie wyobrażało: jest cynicznym, trochę chamskim, pewnym swego typem z amnezją. Dodatkowo pali cygara i pije browar! Badass jak się patrzy. W 'X2' w ciekawy sposób zosały zaprezentowane flashbacki dotyczące eksperymentu Weapon X, wiadomo, że zaprezentowane w sposób diametralnie XMENorigins2inny niż w komiksie Barry'ego Windsora-Smitha, ale i tak było ok (okazało się że to co najgorsze w prezentacji tego eksperymentu dopiero ma nadejść, ale o tym później). To co było naprawdę cool w filmach Bryana Singera, to ten brak patosu, którym ociekał np Daredevil. Tutaj autentycznie istniała czysta rozrywka i wartka akcja, a całość podlana była ironicznym poczuciem humoru, często polemizującym z czytelnikami komiksu. Dodatkowo 'X-Men' jak i 'X2' stanowiły swego rodzaju złoty środek zarówno dla fanów komiksu, jak i ludzi nie mających pojęcia o co w tym wszystkim biega (co ciekawe do tej drugiej grupy zaliczał się sam reżyser, ironia losu tkwi w tym, że w filmach tego nie widać;)). Żeby nie było tak różowo, znalazł się też minus: w całości mogła denerwować ta dychotomiczna struktura postaci - widz od początku wiedział która postać zalicza się do 'bad guys' a która nie.

Singer wymyślił też fabułę do trzeciej części X-Men (opierającej się na serii 'Dark Phoenix') zatytułowanej wymownie 'Last Stand', niestety porzucił on ten projekt dla... 'Powrotu Supermana'. Reżyserem trzeciej części został Brett Ratner i różnicy nie dało się nie zauważyć. Warto nadmienić, że 'Ostatni Bastion' jest pierwszym filmem wyprodukowanym przez Seed Productions, firmę należąćą do Hugh Jackmana, ale więcej o tym w dalszej części tekstu. Swoim filmem Ratner próbował nawiązać do dzieł Singera, co biorąc pod uwagę, że tamten stworzył podstawowy szkic fabularny, wydawało się zadaniem do wykonania. Podstawowym błędem było porzucenie tak widocznego u Singera przesłania o nietolerancji na rzecz całej masy nadmiernie eksponowanych efektów specjalnych. To, czego trudno było nie zauważyć, a co rzutuje na odbiór całości w sposób zdecydowany, to nadmiar postaci. Dostajemy tuziny różnych postaci, jednak żadna z nich nie zostaje nam przedstawiona w sposób, jaki był by odpowiedni. Śmigają nam te mutanty po ekranie, a całej tej marnej prezentacji towarzyszy wszechobecna nawalanka. Cała epickość, tak zgrabnie sportretowana przez Bryana Singera, tutaj zostaje przedstawiona w sposób spłycony, żeby nie napisać naiwny. Trylogia kończy się tak, że nie ma sensu tego kontynuować, bo co to za ekipa X-Menów bez Profesora X, Cyclopsa i Jean Grey? Co zrobić żeby na marce 'X-Men' jeszcze zarobić? Ano prequele wydają się świetnym sposobem...

'Geneza' nadchodzi.
XMENorigins3 Żyjemy w czasach, gdzie adaptacje komiksowe stały się kurą znoszącą złote jajka dla wytwórni filmowych. Wielu z nas napewno spodziewało się po 'X-Men Origins: Wolverine' czegoś więcej. Wielu z nas wyszło z kina lub położyło się do łóżka po obejrzeniu ściągniętego uprzednio workprinta z niesmakiem. Nie tak miało to wyglądać.

Fabułę zapewne większości jest znana, także nie będę się rozpisywał na jej temat. Chodziło generalnie o początki Wolverine'a. Więc... Na początku poznajemy małego, chorowitego Logana który zabija swojego ojca.Tak przy okazji: jak mały Logan biegnie sfrustrowany z wysuniętymi szponami na swoją ofiarę, to nie wiem czy mam się śmiać czy płakać. Poznajemy też Victora 'Sybertootha' Creeda i nagle okazuje się że obydwaj panowie są braćmi (WTF?!). Zbudowanie fabuły na tym motywie miało być fajne, czy tak było w rzeczywistości? Początek filmu, w którym obserwujemy braci na frontach różnych wojen jest OK, jeżeli przymkniemy oko na braterski wątek no, chyba że komuś taki obrót spraw wogóle się podoba. Dalej. Poznajemy Williama Strykera (kiepska rola Danny'ego Hustona, którego pojawiający się w 'X2' Brian Cox zjada pod każdym aspektem). Pojawia nam się cała masa innych mutantów, czyli powtórka z 'Ostatniego Bastionu', mimo wszystko w wersji bardziej złagodzonej. Poznajemy m.in. Wade'a Wilsona i tutaj wypadało by trochę miejsca chłopakowi poświęcić. Do tej pory nie zgłębiałem się zbytnio w mitologię Deadpoola, zmusił mnie do tego krótki występ Ryana Reynoldsa. Mamy tutaj jak na dłoni pokazany mechanizm działania Hollywood: taka geneza Wolverine'a zarabia miliony, no i ładniutki Ryan Reynolds pojawia się na ekranie na jakieś 20 minut (Broń XI, która miała być Deadpoolem, grana była przez innego aktora) już dostaje osobny film. Jakby tego było mało, Ryan zagra też Hala Jordana w ekranizacji Green Lantern. Deadpool i Green Lantern, dodajcie do tego Scarlett Johansson i można się zastanawiać, czy ktoś tu nie ma za dużo szczęścia w życiu;) Ciekawe kiedy dostanie rolę Ryśka w Klanie, bo po odejściu na emeryturę kapitana Żbika i Hansa Klossa jest on kimś na wzór polskiego herosa. Tak czy owak, Wilson był pyskaty jak trzeba, a tekst o pięciu gościach na diecie wysokobiałkowej rozbawił całe kino podczas seansu. Nie będę zgrywał twardziela, mnie też.

Kolejne grzechy główne filmu? Mnogość wątków. Od początku filmu akcja zmienia się jak w kalejdoskopie. Sama operacja wszczepienia adamantium wyszła tu bezdusznie i bezboleśnie. Wolvi ucieka z gołym tyłkiem i jedząc kolację u pary staruszków (nie znam nazwiska niestety) już nie wydaje się być w szoku. Co do samego zabiegu: urywki pokazane w 'X2' robiły wrażenie, może warto było pójść w tą stronę? Kolejna wpadka: jeden wielki fabularny bezsens. Ten film miał podobno opowiadać o wydarzeniach sprzed pierwszego filmu Singera. Ok, na końcu profesor Xavier zaciąga ekipę na statek i możemy się domyślić, że zabiera ich do swojej szkoły, ALE. Sybertooth pojawia się w pierwszej części filmu jako owłosiony, bezmózgi dwumetrowiec. Pewnie stracił pamięć i intelekt a do tego urósł i zarósł po tym jak zaczął zadawać się z Magneto. Wolverine uwalnia młodych mutantów (Jezu, wogóle co za bezsensowna scena) i jakoś później spotyka Cyclopsa w szkole Xaviera i nikt nie wspomina o tym, że koleś z metalowymi szponami kiedyś ich uratował. Niby twórcy filmu chcieli nawiązać do trylogii, a z drugiej strony film wygląda tak, jakby żaden z nich poprzednich części nie oglądał. Silverfox ginie niby z rąk Victora, a później okazuje się, że żyje. Co niby Wolverine ją zostawił w tym lesie? Litości.

Ktoś tu nas próbuję zaskoczyć na siłę, a dla mnie, jedynym zaskoczeniem było to, że film wyszedł tak kiepściutko. Utrata pamięci: kolejny stragan. Nie kasują jej podczas eksperymentu (pewnie dało by się wtedy uratować film) tylko chwilkę później Stryker wpada na pomysł z pociskami z adamantium. Brawo! Kolejny minus za małostkowe przedstawienie Gambita. Jakiś tam Blub mało mnie interesuje, ale przecież Gambit w komiksie odgrywa ważną rolę. Ludzie zachwycają się rolą Lieva Schreibera. Jest OK, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni i przy tak kiepskim scenariuszu nikt tutaj nie mógł się popisać. W całym tym zgiełku wyróżnia się Will.I.Am, który zaprezentował się jak kawał niezłego drewna - oglądając jego 'grę' po raz kolejny zastanawiałem się, czemu ludzie czepiają się Christiana Bale'a? Nie ma to jak udany debiut filmowy. Efekty specjalne to śmiech na sali. Wydaje się, że w porównaniu z workprintem w kinie nie oglądaliśmy obrazu znacznie zmienionego. Spokojnie możemy wskazać sceny wykonane za pomocą blueboxa.

Szpony Wolverine'a wyglądają sztucznie, co jest absurdem (wydawałoby się) niewyobrażalnym: dziewięć lat temu wyglądały one bardziej naturalnie. W walce finałowej kolejny żart: Broń XI (coś co niby miało być Deadpoolem) wali laserami w Sybertootha, wbijając go w mur. Oczywiście odzież zostaje w stanie nienaruszonym. Kategoria PG13 zabrała filmowi jakikolwiek realizm (przy odcięciu głowy Broni XI nie ujrzymy ani kropli krwi). Ustawa o przeciwdziałaniu nikotynie sprawiła, że Wolverine nie pali już cygara, tylko je podgryza... Była masa możliwości. Można było całą akcję rozegrać w bazie wojskowej, można było wyeksponować dramat bohatera, jego cierpienie, zwierzęcą naturę. Tutaj Logan nie ma nawet swojej charakterystycznej fryzury. Pewnie w następnej części (a ma powstać w 2012) będzie się czesał? Wogóle brakuje mi Wolverine'a chamskiego, pewnego siebie, ironizującego. Taki Logan był pokazany w filmach Singera, tutaj w zamian dostajemy znieczulonego romantyka. Jedno muszę przyznać: Hugh Jackman to Wolverine. Nie wyobrażam sobie innego aktora w tej roli, chociaż tutaj zagrał tak sobie. Nie obchodzi mnie to, że jest wyższy i że pazury wychodzą mu z pomiędzy palców.

Konkluzja
XMENorigins7Produkcja filmu o 'X-Menach' musi przypominać tworzenie sałatki. Masz do wyboru różne składniki, niektóre świetnie ze sobą działają dostarczając niezwykłej przyjemności podczas ich spożywania. Są też składniki, które po dodaniu do świetnej kompozycji psują smak całości, a po zjedzeniu gwarantują wątpliwej jakości doznania w postaci rozwolnienia.

Filmy Singera były taką pyszną sałatką. Filmy Ratnera i Hooda zaliczają się bardziej do tych mało strawnych potraw. Co w tym wszystkim zastanawia? Producentami tego filmu są np Hugh Jackman i Stan Lee. Hugh gra przecież w dobrych filmach i wie, czym się takowe charakteryzują. Wątpię też w to, że Stan Lee nie ma pojęcia czym jest dobre kino. Czy twórcy takiego filmu jak 'X-Men Geneza: Wolverine' mają nas za debili? Czy może naprawdę uważają (tak jak to Jackman podkreślał w wywiadach) że zrobili 'fantastyczny film'? Wydaje się, że jak kasa wpada do kieszeni, to głosy krytyki się nie liczą. 'Ostatni Bastion' zarobił najwięcej ze wszystkich części 'X-Men', więc Marvel i Fox doszli najwyraźniej do wniosku, że trzeba iść tym tropem. Głosy zwolenników komiksu, mających dosyć gwałcenia tego, w co wierzą zanikają wśród dźwięku szastających milionów dolarów. Aż strach pomyśleć, co producenci zrobią z kolejnymi filmami. Przypominam, że w planach są: originsy Deadpoola i Magneto oraz X-Men: First Class. Jest co spieprzyć, ale trzymajmy kciuki. Dobrym znakiem może być to, że do serii chce wrócić Bryan Singer.


Opublikowano:



X-Men Geneza: Wolverine

X-Men Geneza: Wolverine

Premiera: Kwiecień 2009
Tytuł oryginału: X-Men Origins: Wolverine
Premiera: 30 kwietnia 2009 (Polska), 8 kwietnia 2009 (Świat)
Reżyseria: Gavin Hood
Scenariusz: David Benioff, Skip Woods
Zdjęcia: Donald McAlpine
Muzyka: Harry Gregson-Williams
Czas trwania: 107 min.

WASZA OCENA
Brak głosów...
TWOJA OCENA
Zagłosuj!

Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

j13 -

Cholera, musiałem przysypiać na filmie, bo przegapiłem postać Sybertootha. Dużo przespałem? ;)

torouviel -

Zgadzam się z każdym słowem.