reklama baner reklama
baner

Recenzja

Blankets. Pod śnieżną kołderką

Grzegorz Ciecieląg, Paweł Sawicki recenzuje Blankets. Pod śnieżną kołderką

Idź i kup „Blankets”.

Pamiętam, gdy kiedyś przeglądając magazyn konsolowy „Neo” trafiłem na recenzję siódmej odsłony serii „Final Fantasy”, zaczynająca się właśnie słów „Idź i kup FF VII”. Gra – wydarzenie przełomowe, mistrzostwo japońskiego RPG - zebrała całkowicie zasłużone laury, recenzent zachwycał się nią tak mocno, iż równie dobrze mógłby na dwóch stronicach wypisać tylko to jedno, znaczące zdanie. „Idź i kup FF VII”. By uniknąć nieporozumień, warto napomknąć, iż gra w pełni na te peany zasługiwała.

BlanketsOkładka francuskiego wydania komiksu



„Blankets” to komiksowy odpowiednik „FF VII”. W przenośni oczywiście, gdyż Craig Thompson nie uczynił swym bohaterem walczącego gargantuicznym mieczem wojownika, a nastolatka opowiadającego nam o swoim dzieciństwie, dorastaniu i pierwszej miłości. Uczynił to jednak w sposób tak perfekcyjny i tak naładowany emocjami, iż od lektury komiksu nie można się oderwać (już wziąwszy pod uwagę objętość albumu stwierdzenie takowe uznać trzeba za wyznacznik jakości) - skacząc ze stronicy na stronicę, towarzysząc bohaterowi w jego wzlotach i upadkach, czytając o jego rozterkach i przypominając sobie własne. Pierwsza miłość Craiga to nasza własna pierwsza miłość, jego kłopoty to nasze kłopoty, zaś momenty, gdy opowiada o najintymniejszych przeżyciach sprawiają, iż chcielibyśmy schować się gdzieś, gdzie nikt nas nie znajdzie i, stając się jego powiernikiem, wysłuchać wszystkiego, czym zdecydował się z nami podzielić. A czujemy się wtedy wyróżnieni.
Kiedy zaś skończymy lekturę, mimowolnie wrócimy do komiksu, kartkując go, odnajdując ulubione sceny i, chcąc rzucić tylko okiem, zaczyniemy jeszcze raz pochłaniać dzieło Thompsona.

Kłopoty w domu, oddalenie się od brata, ultra-katolickie otoczenie i wychowanie, dylematy religijne i osobiste, kolejne odkrycia, smutki, radości, niepewność , strach... to wszystko jest w „Blankets”. Wszystko to, i jeszcze więcej, i więcej i więcej... A całkiem sporą częścią tego „więcej” jest miłość – uczucie, jakim nasz bohater obdarzył z wzajemnością Rainę, dziewczynę spotkaną na kościelnym zimowisku.

Tak, ten album zebrał masę pozytywnych recenzji. Tak, zdobył kilka nagród przemysłu komiksowego (trzy Harvey Awards – dla najlepszego twórcy, za najlepszy premierowy album, dla najlepszego rysownika; dwie Eisner Awards – za najlepszy album i dla najlepszego scenarzysty/artysty; dwie Ignatz Awards – za wybitną powieść graficzną i dla wybitnego twórcy; i wreszcie: Prix de la critique). Tak, fani i krytycy zachwycają się nad geniuszem opowieści. Ale wiecie co? Wszyscy mają rację. To jeden z tych albumów, który absolutnie i w 100% wart jest swej ceny. Co więcej, by być fair wobec autora i wydawcy, powinniśmy dorzucić jeszcze małe co nieco do ceny okładkowej, by wynagrodzić, raz: stworzenie dzieła, które na stałe zapisze się w historii medium, jakim jest komiks; i dwa: i przedstawienie go polskim czytelnikom.

Oprawa graficzna zasługuje na osobny akapit. Chociaż...najlepiej spójrzcie tylko na 10 stron komiksu zamieszczone na łamach naszego serwisu – to powinno może jeszcze nie przekonać, ale na pewno dać do myślenia każdemu.
...Ale nie, nie potrafię się powstrzymać, musze coś o tym wspomnieć.
Czerń i biel rysunków Thompsona tak idealnie wypełniają przestrzeń kadrów, że trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób można by ją lepiej wykorzystać. Uproszczone sylwetki bohaterów i otoczenia idealnie się ze sobą komponują, mimika ich twarzy przyciąga uwagę tak mocno, iż zapominamy, iż to tylko rysunki (czy aby na pewno tylko rysunki?)... Rozmieszczenie tekstu w kadrach i oniryczne przerywniki ilustrujące rozterki bohatera wywołują zachwyt, niepokój, ciepło... Tego komiksu się nie czyta, w nim się uczestniczy. Kroczy się ścieżkami wymalowanymi przez autora poddając się jego woli. Przyznam, że takie uczucie towarzyszyło mi tylko raz - podczas lektury Sandmana.

BlanketsOkładka hiszpańskiego wydania komiksu



...osobliwość: historia o pierwszej miłości tak dobrze opowiedziana i szczera, że przypomina, jak to jest się zakochać. ...boleśnie piękne” napisał o komiksie James Poniewozik z „Time”. Uwierzcie mi - ten komiks naprawdę przypomina, jak to jest spotkać kogoś, za kim poszło by się do Piekła, jak to jest przytulać rękę do jej policzka, całować po raz pierwszy, tulić w ramionach, biegać po śniegu i leżeć nie mogąc oderwać od niej wzroku. Jeśli z Twojego życia wyparowała magia, jeśli zagubiłeś gdzieś uczucie, którym darzyłeś kogoś, z kim jesteś – sięgnij po „Blankets”. Przeczytasz i zrozumiesz – bo innej opcji nie ma – co jest najważniejsze w życiu. Potem zaś pójdziesz do swej drugiej połowy i najzwyczajniej w świecie się do niej przytulisz.

Krótko mówiąc: „Idź i kup Blankets”.



Grzegorz Ciecieląg

Opublikowano:

Strona
1 z 2 >>  



Blankets. Pod śnieżną kołderką

Blankets. Pod śnieżną kołderką

Scenariusz: Craig Thompson
Rysunki: Craig Thompson
Wydanie: I
Data wydania: Grudzień 2006
Tytuł oryginału: Blankets
Rok wydania oryginału: 2004
Wydawca oryginału: Top Shelf Productions
Tłumaczenie: Joanna Kniaź-Hawrot
Druk: czarno-biały/kolor, offset
Oprawa: miękka
Format: 175x250 mm
Stron: 592
Cena: 100 zł
Wydawnictwo: Timof i Cisi Wspólnicy
WASZA OCENA
Brak głosów...
TWOJA OCENA
Zagłosuj!

Galerie

Blankets. Pod śnieżną kołderką Blankets. Pod śnieżną kołderką Blankets. Pod śnieżną kołderką

Tagi

Blankets

Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

Metzen -

Jeden z tych niewielu komiksów, podczas których nie mam wrażenia, że czytam... komiks.
Jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, Blankets przekracza wg. mnie pewną granicę i dziwnie czuję się nazywając ten tytuł (darujcie powtorzenie) komiksem. : p

Mimo iż osobiście posiadam niemiecką wersję, gratulacje Timofowi i tak składam, za dostarczenie do Polski kolejnego tytułu, który dobitnie udowadnia, że w tym biznesie chodzi nie tylko o amerykańskich rajtuzmenów bijących złych mafiozów po łbach.

qba -

nie ma sie czego czepic w przypadku tego komiksu. Z calym naciskiem na slowo komiks- bo to arcydzielo tego wlasnie gatunku, a nie zadnego innego (przynjamniej dla mnie bez dwoch zdan tak jest)