Nowe Teksty

Okładka miesiąca: luty 2020
Chmielewski wybiera okładkę miesiąca
Starzejąca się klasyka
Kleszcz o "Krucjata nieskończoności"
Pan Cudowny w pełnej krasie
Tymczyński o "Mister Miracle"
Czas na rewolucję
Tymczynski o "Czwórka z Baker Street #02: Sprawa Rabukina"
Szaleniec z Oskarem
Pawełek o filmie "Joker"

Zapowiedzi

Nowe Plansze

Nowe Imprezy

Forum Alei Komiksu

baner

Recenzja

Cat Shit One #1

Tokiyoshi oraz Yaqza recenzuje Cat Shit One #1
Tokiyoshi: "Gdyby Olivier Stone był Japończykiem, a Francis Ford Coppola rysował mangi, to Czas Apokalipsy i Pluton nazywałyby się Cat Shit One" - głosi hasło reklamowe zamieszczone na stronie wydawnictwa Waneko, które pokusiło się o wypuszczenie na nasz rynek komiksowy wyżej wymienionego tytułu. Powyższy cytat daje do zrozumienia, że będziemy mieć prawdopodobnie do czynienia z dziełem nieprzeciętnym, znoszącym porównanie do dwóch arcydzieł filmowych, z którymi łączy go przede wszystkim tematyka - wojna w Wietnamie. Dziwne, bo problem ten nie dotyczył bezpośrednio Japończyków. Dziwne jest również zastąpienie ludzi przez króliki, koty, niedźwiedzie, świnie... Tytuł też jest na pierwszy rzut oka co najmniej dziwny. A najdziwniejsze, że to wszystko nie odbija się wcale negatywnie na jakości mangi, może wręcz przeciwnie!

"Punisher: Born" to jeden z wielu komiksów, którego akcja również rozgrywa się podczas Wojny Wietnamskiej

Czym jest tytułowe Cat Shit One? Polskie tłumaczenie (używane zresztą jedynie w podtytule komiksu, wszędzie indziej występuje w wersji oryginalnej) - Komando Kocia Kupa - daje nieco większe pojęcie o znaczeniu tej nazwy. Otóż Cat Shit One to trójosobowy (mam tu na myśli trójkróliczy) oddział zwiadowczy, działający gdzieś w głębi wietnamskiej dżungli. W jego skład wchodzą sierżant Parkins (lub Pakki), pełniący obowiązki dowódcy, Bota (lub Botaski), radiooperator oraz Rats. Służą oni w armii królików - Amerykanów, zmagającej się z armią kotów, czyli Wietnamczyków. Każdy rozdział odpowiada jednej misji, jakiej podejmują się bohaterowie lub, ogólnie rzecz ujmując, wydarzeniu w jakim biorą udział. Są to krótkie, niezależne opowieści, które łączą postacie pierwszoplanowe i tło wydarzeń. Ze względu na ograniczenie przestrzenne, a także prawdopodobnie przez charakter całego komiksu, wszystkie z nich są zarysowane prosto, bezpośrednio, bez dłużyzn. Pozbawione są patetycznego tonu, gloryfikacji albo chociażby przerysowań, o które łatwo się otrzeć podejmując podobny temat - przedstawiają wojnę "taką jaka jest", nie wpadając jednocześnie w drugą skrajność - demonizację. Zresztą, jak może być mowa o demonizacji, kiedy mamy przed sobą komiks o kampanii królików przeciwko kotom?

Gwoli ścisłości, zastąpienie ludzi zwierzakami bynajmniej nie ujmuje opowieści powagi. W każdym razie nie burzy jej kompletnie, jak można by się tego spodziewać. Dla porównania - świetna sprawa - załączono jeden (ostatni) rozdział z ludzką "obsadą". Szczerze mówiąc, króliki są znacznie bardziej intrygujące, "żywe" i zdolne przyciągnąć uwagę czytelnika, niż ich ludzcy odpowiednicy. Tworzą pewien dystans, pozwalający podejść do opowieści bardziej swobodnie, lecz - do pewnego stopnia. To wrażenie podobne do tego odczuwanego przy lekturze "Maus" Arta Spiegelmana - mimo piętna historii, faktów (w obydwu przypadkach bardzo drastycznych, traumatycznych) czuje się, jakby to wszystko było j e d n a k tylko wizją powstałą w wyobraźni twórcy... Może z tego powodu dołożono wszelkich starań, by nie stracić na wiarygodności i realizmie - co krok pojawiają się specjalistyczne nazwy, nie brak autentycznych postaci, miejsc, a nawet zdarzeń. Wzmianki o nich, wplecione w tok akcji, są uzupełnione o informacje podane osobno, wrzucone pomiędzy rozdziały. Każdy termin militarny, historyczny i zapożyczenia z ówczesnego slangu są skrupulatnie tłumaczone w przypisach... To chyba jedyna rzecz do jakiej mam wyraźne zastrzeżenia: nie dość, że zerkanie co chwila na dół strony jest dość irytujące i opóźnia lekturę, to jeszcze używane zwroty i pojęcia mogłyby z łatwością być zastąpione innymi, bardziej przystępnymi. Jest to jednak koncepcja twórcy i przypuszczam, że - podobnie jak wyżej wspomniane notki historyczne - będą przydatne tym, którzy interesują się Cat Shit One nie tylko pod kątem komiksowym, lecz także poznawczym, informacyjnym.

Plakat do filmu "Pluton" w reżyserii Olivera Stone'a. Jeden z najlepszych i najbardziej wstrząsających obrazów o Wojnie Wietnamskiej.

Dbałość o realizm przejawia się też w stronie graficznej komiksu. Rysunki są realistyczne, poczynając od sprzętu, maszyn, krajobrazów, a kończąc na postaciach, które ulegają deformacji tylko przez wymogi fabuły, czyli np. kiedy trzeba dopasować postać króliczka do żołnierskiego munduru i dać mu w łapkę karabin. Co więcej, bohaterowie naprawdę "żyją", mimo że króliczy czy koci pyszczek wyraża znacznie mniej emocji niż ludzka twarz. Wszyscy różnią się od siebie w jakimś stopniu i są dzięki temu całkowicie rozpoznawalni! Kwestie artystyczne uzupełniając technicznymi (czyli jakością wydania) nie można mieć w sumie nic do zarzucenia. (Najwyżej jakość barw na kolorowych stronach, ack!).

Jeżeli szanowny czytelnik jest więc pasjonatem historii ze szczególnym uwzględnieniem epizodu wietnamskiego i miłośnikiem komiksów w jednym, polecam. Jeśli jest tylko historykiem albo tylko czytelnikiem mang, również polecam. Jeśli nie jest ani jednym, ani drugim... cóż, i tak nie mogę nie polecić!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .


Yaqza: Ostatnimi czasy mocno zastanawiałem się nad kwestią zastosowania komiksu w procesie edukacji, czy też - uściślając, komiksu jako czynnika zachęcającego młodzież (głównie) do poszerzania zasobu swej wiedzy. Komiks pozwala wchłaniać pewne informacje mimowolnie, podobnie jak to się dzieje w przypadku rozrywki komputerowej - konkretne fakty "zapisują" się w naszych umysłach bez angażowania szarych komórek, już jako pewien element towarzyszący samej grze/lekturze.

"Cat Shit One" jest tego świetnym przykładem - pedantycznie przygotowany od strony merytorycznej niesie ze sobą wiedzę, która wywołać może zainteresowanie konfliktem wietnamskim i już tylko za to mógłbym komiks pochwalić. Ale to jedynie pierwsza strona medalu.

Autor nieco się tu zapędza, skupiając na przedstawieniu bezosobowych akcji (mimo, że towarzyszymy przecież trójce bohaterów!), a nie dając możliwości wypowiedzenia się królikom, kotom itp. Komiks to jakby dziennik misji, pozbawiony jednak bliższego przedstawienia głównych osób dramatu - rozkaz/wymarsz/atak/ucieczka; oto schemat, z jakim często się spotykamy, schemat który po pewnym czasie zaczyna nieco nużyć. Być może związane jest to z chęcią pozostanie bezstronnym, być może jakimś innym czynnikiem. Moim zdaniem, lepiej jednak wypadłoby ukazanie motywacji każdej ze stron konfliktu - bo bez względu na to, jakich czynów dopuszcza się człowiek, zawsze istnieje konkretna motywacja popychająca go ku działaniu. W ostatnich rozdziałach sytuacja zaczyna ulegać zmianie -autor oddaje głos wykreowanym przez siebie bohaterom - co rodzi nadzieję, iż do kolejnego już tom "Cat Shit One" nie będę miał tego typu zastrzeżeń.

Świetny komiks, świetne rysunki, świetne dodatki. Całość jednak, póki co na 4 z plusem, używając szkolnej skali ocen.

Opublikowano:



Cat Shit One #1

Cat Shit One #1

Scenariusz: Motofumi Kobayashi
Rysunki: Motofumi Kobayashi
Wydanie: I
Data wydania: Kwiecień 2006
Seria: Cat Shit One
Tytuł oryginału: Cat Shit One volume 1
Rok wydania oryginału: Softbank Creative Corp
Wydawca oryginału: 1998
Tłumaczenie: Paweł Olejniczak
Druk: czarno-biały
Oprawa: miękka z obwolutą
Format: 148x210
Stron: 138 z kolorową wkładką
Cena: 20 zł
Wydawnictwo: Waneko
ISBN: 83-89893-92-4
WASZA OCENA
Brak głosów...
TWOJA OCENA
Zagłosuj!

Galerie

Cat Shit One #1 Cat Shit One #1 Cat Shit One #1

Komentarze

-Jeszcze nie ma komentarzy-